niedziela, 30 grudnia 2012

O co chodzi?

Czuję się jakbym wróciła do czasów dzieciństwa i Muminków. Wszędzie na ulicy jest pełnych "Małych Mi", dziewczyn w malutkich koczkach. Ktoś powie o co chodzi?
Może nie ogarniam, bo mam włosy raczej jak Włóczykij...



Naprawdę nie ma



Mój facet skomentowałby, to słowami: "winny się tłumaczy". 

piątek, 28 grudnia 2012

Wsiąść do pociągu


Co prawda nie do byle jakiego, bo w określonym celu i kierunku, ale zawsze patrząc, jak wszystko zostaje w tyle. Bynajmniej nie chcę śpiewać, a opowiedzieć Wam, co spotkało mnie w ubiegłym tygodniu, kiedy wracałam do domu jednym z ostatnich pociągów.

Wieczór, dworzec PKP, przeszywający chłód, deszcz. Czekam. Pociąg spóźnia się już 20 minut. Nagle światełko w tunelu. Oczekujący ze mną pasażerowie już gotowi do biegu, by stoczyć bój o miejsce w ekskluzywnym wagonie przewozów regionalnych. Pech, wszystkie przedziały wypełnione po brzegi. Otwierają się drzwi, a ludzie z walizkami wręcz wysypują się z przepełnionych przejść między wagonami. Na szczęście znalazło się miejsce i dla mnie. Pięć osób nie wsiadło. Ruszamy.

Zaduch, lepkie powietrze, ludzie poupychani niczym ogórki konserwowe, przyklejeni do szyby z napisem „opieranie się o drzwi grozi wypadnięciem z pociągu”. Ale kto w takiej chwili zwróciłby na to uwagę. Po prawej mężczyzna kłóci się z emerytem, który, mimo natłoku podróżnych ułożył swoje zakupy na siedzeniu obok, z lewej słychać głos dziesięcioletniego chłopca: „System nie działa… Ładowanie… Osiem procent… Dwadzieścia procent… Łiiiiiii... Awaria, awaria, awaria”, po chwili pytanie: „Mamusiu, o czym marzysz?”. Mama odpowiada: „Najbardziej marzę o tym, żeby znaleźć pracę Grzesiu”. Na to Grześ: „Łiiiiiii... Ładowanie… Trzynaście procent….”. Jednak nikt jednak nie zwraca uwagi na Grzesia i jego mamę, bo w głębi jednego z wagonów daje się słyszeć krzyk: „Nienawidzę swojej synowej. Gruba krowa! Siedzi w chacie, nie pracuje, on zresztą też. Nieroby i brudasy. Tylko uprawiają seks! To mnie należy się zasiłek, nie jej! Mnie!”. Żule popijają piwo w kącie przedziału, zadowoleni, ze konduktor nie sprawdzi biletu, którego nie posiadają. I znów dziwny zapach… dziewczyna obok wyciąga z torby panierowane skrzydełka. Zajada ze smakiem, dzieląc się z facetem w płaszczu, sprawiającym wrażenie ekshibicjonisty, który za moment obnaży swoje wdzięki. Szum, trzask, kolejne hamowanie, podczas którego wszyscy wpadają na siebie. Ludzie wsiadają już nawet do toalety. Nie uwierzylibyście ile osób może się tam zmieścić... Kobieta opowiadająca o synowej znów zabiera głos. Mówi o wykonywanych przed godziną badaniach cytologicznych. Pokazuje chłopakowi siedzącemu obok papiery dokumentujące historię swojej choroby…


Przyjaciółka powiedziała, że przyciągam wariatów, bo ona przez trzy lata podróży pociągami nie spotkała tylu dziwnych osób. Ale nie narzekam, a nawet powiem, że ubawiłam się przednio, mimo męczącego mnie przez  dziesięć stacji dyskomfortu i wielkiej walizki wbijającej mi się w cztery litery. Może dlatego, że sama jestem niezłą wariatką... 
Podsumowanie jest tylko jedno. Bilet powrotny do domu - 6,80,-, wrażenia z podróży komunikacją PKP– bezcenne. Można napisać o tym wiele… Polecam każdemu, by przekonał się sam! :)

Holidej

Dywersja!



„A ja nie, po prostu nie, mnie się to nie podoba…” – śpiewano niegdyś w popularnym musicalu „Metro”. Odniosę te słowa do tych wszystkich śmiesznych postanowień noworocznych. (Już widzę jak za dywersję w myślach chłosta mnie Holigoli, taak lubisz to maleńka, ale bądźmy już poważni). Otóż nie rozumiem dlaczego ze względu na jeden dzień w roku mam w ogóle robić jakieś postanowienia. Co z tego, że będzie nowy rok. Niby dlaczego motorem zmian ma być data w kalendarzu. Tak poza tym nienawidzę Sylwestra i wbrew Waszym podejrzeniom nie dlatego, że spędzam go sama. Nie jestem tego dnia ubrana w piżamę w misie, nie trzymam flaszki w ręce, śpiewając „Znowu w życiu mi nie wyszło”.
Chodzi o to, że ja nienawidzę przymusu, a właśnie w Sylwestra czuję „odgórny nakaz” bawienia się dobrze, sypania dowcipami, bycia w świetnym humorze. Kurde, a może akurat tego dnia będę „nie w sosie” i jedyne co będę czuć to chęć wybicia połowy populacji. To całe sylwestrowe szaleństwo mnie nie przekonuje, podobnie jak zabawa na pokaz.
Wracając jednak do „daty, która zmienia wszystko”, uważam, że napędzać do małych, czy większych życiowych rewolucji nie powinna być cyferka 31. Zmieniam coś, gdy się po prostu duszę, gdy wiem, że taki układ już mi nie pasuje, kiedy robi się „do dupy”. Motorem zmian, które wprowadzam w swoim krótkim, szalonym życiu jest, banalnie mówiąc, chęć bycia szczęśliwą. Jasne, że nie jest łatwo, że to nie zachodzi szybko itd. Tylko nigdy nie czekam na „ten magiczny moment”, bo wiele razy los pokazał mi, że nie warto czekać.
Jeden z popularnych w Polsce pisarzy, napisał”

„Planuj śmiało! Wybiegaj myślami
W przyszłość. Nie oglądaj się za siebie.
Nigdy nie wiesz, co będzie za następnym
Zakrętem. Wszak może być koniec”

Dlatego, nie czekam do Sylwestra

Alcatraz

Żeby Sylwester nie był w pojedynkę

Jak znaleźć chłopaka na kilka minut przed Sylwestrem? Przede wszystkim nie można panikować. Nikt nie pójdzie na imprezę z histeryczką. Sprawiaj wrażenie, jakbyś w ogóle się nie przejmowała faktem, że nie masz:
a) z kim iść
b) dokąd iść
c) w czym iść
Nawet jeśli Sylwester jest za kilka godzin, możesz sobie jakoś poradzić.

Sposób na rasową podrywaczkę
Dzwonisz do najfajniejszego faceta, jakiego znasz i pytasz go, co robi w Sylwestra. Tak, tak po prostu. Nie masz czasu na kilkumiesięczne podchody i ceregiele. Musisz walić prosto z mostu, czas zachrzania, jak oszalały. Jeśli on odpowie: jeszcze nie wiem - jesteś uratowana. Zanim zdąży cokolwiek powiedzieć musisz go przytłoczyć jakąś świetną propozycją. Albo nawet nie jakąś świetną, ale propozycją. Najlepiej jakąś lekko prowokującą. Wtedy masz większe prawdopodobieństwo, że się zgodzi. Jeśli się nie zgodzi, nie przejmuj się. Najważniejsze to nie panikować, można skorzystać z kilku innych sposobów.

Sposób na mniej rasową podrywaczkę
Podobny do pierwszego sposobu. Z tą różnicą, że dzwonisz do faceta, który tobie się nie podoba, ale masz pewność, że on dla ciebie zatańczyłby nago sambę na środku miasta.

Sposób na kumpla geja
Dzisiaj prawie każda z nas ma kumpla o orientacji homoseksualnej. Byłam na imprezach z wieloma facetami, ale najlepiej zawsze bawię się w towarzystwie gejów. Są otwarci, lubią kobiety i mają pełne barki. Zadzwoń do kumpla geja, on na pewno przygarnie Cię pod swoje skrzydła. To nie musi być bliski kumpel. To może być kumpel twojej koleżanki. Oni naprawdę są otwarci.

Sposób na eks
To jest hardcorowy sposób, ale można z niego skorzystać. Jeśli naprawdę nie chcesz spędzić sylwestra w pojedynkę, wykonaj telefon do eks. Upewnij się, że nadal jest sam, zanim zaproponujesz mu wspólną imprezę. I na miłość boską, nie dzwoń do niego, jeśli to on z tobą zerwał. Wystarczy poniżania w starym roku.

Ryba, facet i rower


Lista noworocznych postanowień Holigoli

Uwaga! Czas zacząć robić listę noworocznych postanowień! Ja swoją już zrobiłam.

Holigolowa lista postanowień noworocznych:

1. Będę miła. Przynajmniej milsza To będzie bardzo trudne, bo ja uwielbiam się taplać w moim sarkastycznym poczuciu humoru, w mojej wrodzonej złośliwości. Ale spróbuję, podejmę się tego zadania.
2. Będę mniej łatwowierna. Nadal nie wiem, jak mogłam uwierzyć, że yerba mate to sztuki walki.
3. Polubię moich przyszłych teściów. (Ale najpierw skończę siedem klas w szkole magii i czarodziejstwa Hogwart, bo bez czarów to się raczej nie uda).
4. Będę punktualna. Chociaż to raczej niewykonalne. To może zróbcie coś dla mnie i Wy zacznijcie się spóźniać. Wtedy ja nie będę aż tak bardzo spóźniona.
5. Przestanę nadużywać alkoholu i innych używek. W grę nie wchodzą: moje urodziny, moje imieniny, urodziny moich bliskich, imieniny moich bliskich i dalekich znajomych, święta, sylwester, imprezy karnawałowe, wesela, spotkania klasowe, imprezy pracownicze, babskie wieczorki, pidżama party, rocznice pożegnań z wybranymi eks, rocznicę obecnego związku, wydarzenia, które należy opić i dni, w które trzeba porządnie zachlać. W pozostałe 16 dni w nadchodzącym roku będę trzeźwa.
6. Przestanę mówić, jaka jestem okropna. Jestem po studiach humanistycznych, znam przecież tyle synonimów słowa "okropna".
7. Przestanę wydawać chore sumy na ciuchy. Jeśli nawet nie w tym roku, to kiedyś na pewno.
8. Ograniczę flirtowanie z kim popadnie. Nie do zera, bo to by mnie zabiło, ale ograniczę.
9. Dokształcę się i porozmawiam z moim facetem o fizyce kwantowej.
10. Nauczę się gotować i już nikt nie zarzuci mi, że zupa mleczna, którą kiedyś zrobiłam, była klejem do tapet.

A czy Wy sobie coś postanawiacie?

Holigoli

czwartek, 27 grudnia 2012

Podobno łatwiej znaleźć wioskę Smerfów niż...


Wieczorny apel do kobiet, tych niektórych

Chyba rozpoczniemy nowy cykl. Jego robocza nazwa brzmi "szczęśliwe mężatki". Dziś cytować będziemy naszą koleżankę, żonę, matkę, a przede wszystkim matkę-Polkę. Z głosem pełnym dumy pochwaliła nam się dzisiaj:
- Mój mąż jest kochany. W wigilię przyszedł do kuchni w nocy i powiedział do mnie "kochanie, zostaw już te gary. Pozmywasz je rano".
Prawdziwy z niego skarb, prawda? Zastanawiałyśmy się co jest gorsze, to że on tak powiedział, czy to że ona się tym chwaliła. Dla niej bycie wzorową żoną jest darem od niebios. Nie nabijamy się z tego, bo każdy ma w życiu jakąś funkcję, którą powinien wypełniać, jak najlepiej potrafi. Ale chyba nikt nie jest powołany do mycia naczyń. Dom (o ile nie należy do singla) jest zbiorowym obowiązkiem, wszystkich członków rodziny. Nie należy tylko do kobiety.

Święta, święta i po świętach

Witamy wszystkich po świątecznej przerwie!
Jesteśmy naładowane pozytywna energią i zapałem do pracy. No dobra, tak kolorowo nie jest. Jesteśmy obżarte, niewyspane, zmarnowane, niektóre z nas mają wyraźne ślady kaca na twarzy, inne taplają się w grypie. Ale żyjemy! I już zabieramy się do pisania.
A jak Wam minęły święta?

niedziela, 23 grudnia 2012

Wszystko na opak

Czy Wy też tak macie, że gdy musicie wstawać, to nie możecie wyjść z łóżka, a gdy możecie poleżeć, to kompletnie nie chce Wam się spać?


sobota, 22 grudnia 2012

I know I'm evil


Mikołaju lub Gwiazdorze, nie byłam grzeczna...
1 Śmiałam się, gdy ktoś się poślizgnął i przewrócił, tak już po prostu mam.
2 Piłam za dużo cytrynówki, dziwnych gatunków piwa i whiskey. Holidej i Holigoli - coś o tym wiecie. A i zagryzałam to kebabem w środku nocy.
3 Dzwoniłam do czyichś drzwi, a potem uciekałam.
4 Odbierałam telefon domowy, mówiąc "Kostnica Zimne Nóżki, słucham".
5 Żarłam, żarłam i jeszcze raz żarłam - czekoladę, pierniki i te marcepanowe gwiazdorki. Do tego najczęściej kabanosy...
6 Jestem uzależniona od kawy, szczególnej w takiej jednej kawiarni, gdzie mam nawet kartę z punktami.
7 Nieustannie i haniebnie spóźniam się do pracy. Wstawanie wcześnie rano to zbrodnia.
8 Opowiadam dziwne kawały: np. o ślinie, czy Ryjku z Muminków.
9 Przepieprzam za dużo pieniędzy na ubrania, ale najczęściej te z wyprzedaży. Ostatnio przecierane dżinsy wołały "Take me home, take me". Jakże mogłam odmówić...
10 "I did bad bad things"...

  www.quotes-lover.com



I wiesz co Mikołaju, wcale się nie zmienię!


Alcatraz

Nie będę perfekcyjna


Bo...

1 Nie mam czasu odkurzać codziennie i na pewno rękawiczka po zetknięciu z moją półką będzie szara.
2 Nie bawi mnie układanie ręczników w zwierzątka. Wolę te żywe zwierzaki, które ze mną mieszkają.
3 Nie chodzę po domu w sukience i szpilkach – wielkie skarpety, wyciągnięta bluza i legginsy to jest to, no chyba, że wiadomo kto ma przyjść...
4 Nie uważam, że miłość do kogoś wyraża się dbaniem o dom. Hmm, bo to dwie osoby powinny o niego dbać!
5 Bardziej dla mnie liczy się czas spędzony z rodziną, niż wysprzątane i nieskazitelne wnętrze. Nie znaczy to jednak, że mieszkam w „chlewie”.
6 Nie interesuje mnie technika sprzątania, czy prasowania. Nie cierpię tego, robię to, bo muszę i nie mam zamiaru wgłębiać się w tę filozofię. Wolę poczytać książkę.
7 Nie nakrywam stołu do obiadu, a z boku talerza nie leży piętnaście widelców i noży – każdy do innej potrawy. No proszę Was, ktoś tak je?
8 Wolę być sobą! Tak, na moim fotelu leżą ubrania, a książki są na podłodze obok łóżka. Tak właśnie wygląda dom, czyli miejsce, gdzie ktoś żyje. Nie chcę mieszkać w muzeum.
8 Moje Święta nie będą perfekcyjne, bo nie! Mają być wesołe i rodzinne. I nie wstanę rano, żeby sprzątać i gotować. Ten weekend to jedyny czas kiedy mogę się wyspać. Codziennie wstaję o 6 rano. I co z tego, że nie będzie 12 potraw, a na lampie pewnie zostanie kurz, bo nie zdążę wszystkiego ogarnąć. Świat się nie zawali. A ja nie zamierzam paść ze zmęczenia w Wigilię.


Co więcej, to samo zaszczepiłam mojej mamie, której do tej pory wmawiano od pokoleń, że ma być perfekcyjna. Ja wolę kiedy jest wypoczęta.

Nie bądźmy perfekcyjne, bądźmy sobą!


Alcatraz

piątek, 21 grudnia 2012

Ale przynajmniej się najadłyśmy


Końca świata nie ma, urodziny są

Koniec świata nie nadszedł, więc mogę ze spokojem zabrać się do napisania o Niej. Bo Ona ma dzisiaj urodziny. Ona to szalona kobieta, którą poznałam jakieś cztery lata temu. Dziwne to było spotkanie, bo w warunkach tramwajowych.
Ona do mnie: Mieszkam pod Kaliszem.
Ja, zawsze beznadziejna z geografii, mówię do niej: To nie lepiej, żebyś studiowała nad morzem?
Ona, patrząc na mnie ze zdziwieniem: No nie za bardzo.

Dopiero w domu się zorientowałam, że pomyliłam Kalisz z Koszalinem. Mimo tego jakoś się skumałyśmy razem. Skumanie się razem oznaczało wspólne przebrnięcie przez wszystkie ważne etapy, które przytrafiają się żakom. Zdawałyśmy razem egzaminy. Czasem dosłownie razem. Czując jej ramię przy swoim ramieniu, spędziłam z nią wiele godzin na wykładach. Czasami można było wyczuć od nas jeszcze przez kilka godzin woń alkoholu. Przeklinałyśmy wspólnie wykładowców. Donosiłyśmy sobie o wszystkich ważnych wydarzeniach w naszym życiu. Upijałyśmy się razem. Pichciłyśmy razem sałatkę z kurczakiem. Robiłyśmy dziwne rzeczy w windzie. Upijałyśmy się razem. W międzyczasie, nawet nie wiadomo kiedy, nasze małe serca zostały oplecione złotą wstęgą nazywaną przez specjalistów więzią przyjaźni. I tak jakoś zostało.
Ona jest niesamowita. Kocha tak mocno i zaborczo, że przez dwa lata była zazdrosna, że oprócz niej, miałam też na studiach przyjaciela-faceta. Wkurzyła się, gdy nie powiedziałam jej, że piszę tego bloga. Jeszcze bardziej się wkurza, gdy nie daję znaku życia przez więcej niż cztery dni. Ale z drugiej strony, wiem, że mogę zawsze na nią liczyć. Że jak w nocy wyślę smsa o dramatycznej treści, to ona w tej nocy skłonna jest przyjść do mnie nawet pieszo z tego swojego Koszalina, czy Kalisza.
Sporo muszę się jeszcze od niej nauczyć. Tego romantyzmu. Bezwarunkowej miłości do wszystkich wokół. Umiejętności nawiązywania kontaktów ze wszystkimi. Rzucania celnymi ripostami. Miłości do pielęgnowania rodzinnego ogniska. Tej odwagi, którą ma w nadmiarze.

Kochana 24-latko!
Jak Ci powiem, że Cię kocham to będzie mało. Ale powiem Ci, że Cię kocham I życzę Ci stu koszmarnie szczęśliwych lat. I powiem Ci, że się strasznie cieszę, że nie studiowałaś jednak nad morzem...

Twoja do grobowej deski,
Holigoli

P.S. I na boga, zrób coś z tymi siwymi włosami!

czwartek, 20 grudnia 2012

Nie trzeba być ślepym, wystarczy być mężczyzną


- Kochanie zauważyłeś we mnie jakąś zmianę?
- Schudłaś?
- Nie! Uważasz, że powinnam?!
- Nie, tak tylko mówię…  Czy to nowa bluzka?
- Noszę ją od wakacji… Czy ty w ogóle na mnie patrzysz…?
- Wiem! …Nie, przecież spódniczkę kupowaliśmy razem w ten weekend.
- Tak trudno zauważyć, że zmieniłam kolor włosów?! 


Nowa sukienka, fryzura, nowa szminka, buty, wizyta u kosmetyczki. Staramy się i dbamy o swój wygląd nie tylko dla siebie, ale w dużej mierze właśnie dla nich. Ile razy zdarzyło nam się prowadzić ten dialog… Czasami mam poczucie, że lepiej nie zadawać pytania „czy zauważyłeś coś nowego”, które najczęściej kończy się kłótnią, albo cichymi dniami… Oczywiście zazwyczaj próbuje wybrnąć słowami „zawsze jesteś piękna, to przez to nie dostrzegam zmian”. Gorzej, kiedy spotkamy typa, który stwierdza, że niepotrzebnie wydałyśmy pieniądze, bo fryzura wygląda tak samo, albo który pyta, po co nam kolejna sukienka, "przecież szafa ugina się od ciuchów". Z takimi facetami nie da się żyć.
Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś: – Nie trzeba być ślepym, wystarczy być mężczyzną - . Święte słowa. Z kolei w jednym z czasopism dowiedziałam się, że mężczyźni widzą u kobiet przede wszystkim biust i pupę. Coś w tym jest. Ale skoro patrzą już na te partie ciała, dlaczego nie zauważają „opakowania”, na przykład wspomnianej sukienki, którą kupiłyśmy, żeby zrobić się na bóstwo? Nie zaskoczę was odpowiedzią  na to pytanie, bo nie wiem.
Oczywiście jak w każdym przypadku medal ma dwie strony i opadam z sił, kiedy słyszę wśród moich znajomych, że facet nie pochwalił zrobionych henną brwi, czy nowej kredki do oczu. Ale jak można nie zauważyć nowej fryzury u swojej ukochanej? Panowie, błagam, to nie takie trudne. Zwłaszcza, że koledzy z pracy zawsze dostrzegają nowy kolor włosów, czy nawet nową sukienkę…

Holidej

Frustratka kontra moja matka

Jestem zmęczona. Niewyspana. Nie wyrabiam. Na nic nie wystarcza mi czasu. Mam za mało czasu. Jestem taka obolała. Jestem taka sfrustrowana. Jestem taka nieszczęśliwa. Mam mętlik w głowie. Jestem chodzącym nieszczęściem. 
Jestem Frustratką. 

Słyszę takie zdania niemal codziennie. Nie wiem, co ostatnio stało się młodym kobietom i dziewczynom, ale z ich ust wydobywają się jedynie lawiny skarg na otaczającą rzeczywistość. Na początku mnie to bawiło, teraz staram się to ignorować.
Te narzekające panny, które na potrzeby tego tekstu nazwę Frustratkami, prawdopodobnie dzień zaczynają od mocno skrzywionej miny. Frustrować się można na wszystko, chociażby na pogodę - bo śnieg, bo deszcz, bo słońce, bo wiatr, bo mgła, bo upał, bo mróz. Znakomitym źródłem frustracji jest praca, bo przecież stać ją na coś lepszego bo chciałaby więcej zarabiać, bo w tej nie odpowiadają jej współpracownicy. Czy Frustratki robią coś w tej kwestii? Nie, nie mają na to czasu. Muszą się frustrować.
Z facetami też maja problem. Bo one ich nie rozumieją albo co gorsze, faceci nie rozumieją Frustratek. Ich związkom zawsze czegoś brakuje. A jeśli jeszcze nie brakuje, to Frustratka znajdzie ten brakujący element, ten powód, żeby wbić szpilkę w kolorowy balonik.

wtorek, 18 grudnia 2012

Kwestia spamu

Czy Wam się też tak twarz cieszy, jak czytacie poranną pocztę? A właściwie, jak kasujecie tony spamu, które napłynęły do Was, gdy Wy smacznie spaliście i w swej fazie rem przeżywaliście błogie chwile w świecie bez reklam?
Mnie moja codzienna poranna porcja spamu bawi niemiłosiernie, bo okazuje się, że Internet coraz lepiej mnie zna. Kasuję zatem pierwszego maila o treści "Od dawna chcesz schudnąć?! My Ci pomożemy". Cóż za bystra uwaga. Chcieć to ja chcę. Że od dawna też się zgadza. Ale, że ktoś mógłby mi w tym pomóc, to raczej bzdura. Inna wiadomość jest lepsza, bo zwiastuje niebywałe szczęście. Tytuł trąbi "WYGRAŁEŚ MILION EURO". Szkoda, że podobnych maili dostałam jeszcze trzy. Oprócz miliona euro, zgarnęłam również nowe auto i wakacje w Oslo. Pisze też do mnie księżniczka Ariminina Khurstavova, błagając mnie o pomoc słowami "Ty żyć kraj dobry, ja pomoc prosić. Być święta w nadchodzeniu. Ty wpłacić money na mój kont...". Ja niestety nie wpłacić money na żadne kont, bo ja być ze złego kraj.

Biedny on...


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tak bardzo pragnie

Zobaczcie, jak bardzo można pragnąć:
http://poznan.gumtree.pl/c-Praca-marketing-media-pr-Pragne-W0QQAdIdZ440738602

Głupkowate trendy także u raszpl


Skrzynia wstydu

Wczoraj olałam niedzielny schemat. Bo niby trzeba pamiętać, żeby dzień święty święcić, a ja święciłam ze szmatą w dłoni. Nawet mój ojciec, który jakimś szczególnym katolikiem nie jest, oburzył się, gdy się zaczęłam dobierać do kuchennych okien. Sprzątałam też swoje drobiazgi. Moje drobiazgi to jest w ogóle jakaś chora sprawa, bo ja z zasady nie lubię magazynować. To jest dla mnie niehigieniczne i zaburza moje pedantyczne myślenie, ale są rzeczy, których wyrzucić nie można. Po prostu dusza romantyczki nie pozwala. Kilka lat temu przygotowałam, więc duży karton, w którym zbieram to, co jest dla mnie szczególne ważne. Podczas wczorajszych porządków jeszcze raz przyjrzałam się tym zbiorom. 
Wśród nich odnalazłam:
1.) kulkę z wosku zrobioną przez pewnego zuchwałego chłopaka
2.) list do mnie z przyszłości ode mnie z przeszłości 
3.) scenariusz sztuki teatralnej napisany w wieku 15 lat (wtedy wydawał mi się totalnie melodramatyczny, dzisiaj przezabawny) 
4.) reprodukcję "Krzyku", namalowaną przez mojego brata - to mnie dopiero ubawiło
5.) kasetę magnetofonową "Supernova" Urszuli - błędy młodości
6.) białą skarpetę, którą machałam podczas koncertu Red Hot Chili Peppers
7.) moje wiersze - olaboga!
8.) pukiel włosów jednego z facetów, ale niestety nie pamiętam którego

I kilka innych pamiątek. Są to rzeczy, które są totalnie niepotrzebne. Pudełko, w którym się znajdują nazywam "skrzynią wstydu", bo gdyby wpadła w niepowołane ręce, byłabym skończona. Ale jakoś rozstać się z tym nie potrafią. I nie zamierzam! 

Holigoli

 
A oto "Krzyk" mojego brata...


czwartek, 13 grudnia 2012

Bambosznik, męska Nel, melepeta - z kim jesteś w związku?

Na podstawie moich bogatych doświadczeń z facetami, sporządziłam listę ciekawych przypadków. Oto faceci w kilku wersjach:

1.) dupa-nie-facet - znakomity dla kobiet, które mają w sobie niespożyte pokłady macierzyńskiego ciepła. Ten typ faceta boi się własnego cienia. Raczej nie zaprosi cie nigdzie, bo będzie się wstydził. Da ci pieniądze w knajpie, żebyś to ty poszła uregulować rachunek (dla tych, co lubią defraudować małe sumy, to akurat dobra wiadomość), bo też będzie czuł pewne takie zmieszanie na widok długonogiej kelnerki.

2.) troskliwy miś - na pierwszej randce zasypie cie tysiącem pytań: nie jest ci za zimno/za ciepło/za duszno/ za wszystko? Każe ci nosić swój wełniany sweter nawet w upalne dni. Nie pozwoli ci wyjść z koleżankami, bo ktoś może cię porwać (np. do tańca). Obrazi się, gdy zabronisz mu przyłazić, gdy się przeziębisz. A on taki dobry rosół dla ciebie przygotował.

3.) cholerozofil - jego choleryzm objawi się przede wszystkim w aucie. O ile będzie umiał powstrzymać się w restauracji, to w aucie wyjdzie z niego cała jego diabelna natura. Nakrzyczy na babiczkę z balkonikiem, że tak długo przechodzi przez ulicę. Natrąbi na dzieci, bo graja w piłkę na boisku i istnieje prawdopodobieństwo (znikome, no ale zawsze), że piłka wyleci na ulicę. Na końcu wkurzy się na ciebie, bo w tym samochodzie drzwiami się nie trzaska!

4.) bambosznik - spojrzy na ciebie, jak na skończoną wariatkę, kiedy zaproponujesz mu, żebyście w piątek wyszli. Przecież w domu jest tak miło, ciepło i w telewizji "Killer" leci.   I bamboszki ciepłe już ma na stópkach...

Żeńskie końcówki

Podobno większość mężczyzn zapytanych o to kim są, odpowiadają "jestem człowiekiem". Kobiety na to samo pytanie odpowiadają inaczej i mówią "jestem kobietą". Z czego to wynika? Bo przecież żadna z nas, pań, nie czuje się mniej "ludzko". A może mamy bzika na punkcie podkreślania naszej przynależności do konkretnej płci. Jeśli zatem mamy bzika, to z kosmosu on się nie wziął. A skąd się wziął? Jeszcze nie wiem, ale dowiem się. Już wkrótce.
Póki co, zagrzebałam się w "żeńskich końcówkach". Najpierw temat przeglądałam w celach uczelnianych, teraz przeglądam już z własnej, osobistej ciekawości (wiecznie niezaspokojonej zresztą). Materiałów na ten temat jest sporo, ale przeważnie to totalny bełkot. Wielu wypowiedziało się na ten temat, tylko żeby się wypowiedzieć. I gębę sobie wycierają tematem, który tak naprawdę jest im kompletnie obojętny. Szczerze mówiąc i mnie był on początkowo obojętny. Bo przecież kobiety maja zdecydowanie więcej problemów, chociażby te nieszczęsne wypłaty ciągle niższe od facetów. W końcu jednak przekonałam się, że to wcale nie jest błaha kwestia, bo wokół tych na pozór banalnych spraw dzieje się wiele poważnych spraw. Tak samo jest z tymi żeńskimi końcówkami. Złapałam się na tym, że mówiłam o sobie "dziennikarz", bo "dziennikarka" brzmiało jakoś mniej profesjonalnie, infantylnie. Dzisiaj tego żałuję. Jestem przecież profesjonalną dziennikarką. Mam tyle samo zapału, co moi koledzy dziennikarze. To nie płeć warunkuje o tym, jak pracuję w swoim zawodzie. Liczy się ewentualnie doświadczenie, nad którym sumiennie pracuję. Nie będę udawać, że jestem facetem, że umiem zachowywać się, jak facet. Jestem kobietą. W pracy też. Ukrywać tego nie będę. Na taryfę ulgową nie liczę. Czego zatem sobie życzę? Żebym mogła być kobietą, ale też człowiekiem.  No i żebym za to, że jestem "dziennikarką" nie dostawała mniej.

Nie dać się zwariować


Dietom precz! Mam czasami wielką ochotę wykrzyczeć głośno te słowa. Dopiero minął okres wakacyjnego odchudzania i przygotowywania ciała na „plażowanie” w skąpym bikini, a już bombardują nas receptami na szczupłą sylwetkę, idealną na powitanie Nowego Roku. „Przecież w sylwestra musisz być chuda, masz obowiązek odpowiednio przygotować swoją cerę , włosy, paznokcie….”. Najbardziej bawi mnie to odliczanie, jeszcze cztery tygodnie do zabawy sylwestrowej, za trzy tygodnie sylwester, zostały już tylko dwa tygodnie, masz coraz mniej czasu. Gdzie się nie obejrzysz – prasa, telewizja, Internet, wszędzie zachęcają do zastosowania diet, magicznych pigułek, wszędzie gwarantowany efekt już po kilku dniach stosowania. A jeśli nie zaczęłaś odchudzania odpowiednio wcześnie? Nie szkodzi! Przecież cały sztab dietetyków skomponował idealną dwutygodniową dietę-cud, dzięki której schudniesz w mgnieniu oka, pięć kilogramów w trzy dni! Obłęd.
Aż w końcu zaczynasz się zastanawiać, czy rzeczywiście nie musiałabyś zrzucić kilku kilogramów na tę wyjątkową noc. Nawet, jeśli nie jesteś podatna na wpływ reklam i walczysz z przekonaniem, że każda z nas musi być chuda, odczuwasz coraz większą presję. Zaczynasz wierzyć, że od tego, czy schudniesz rzeczywiście może zależeć, czy zabawa będzie udana, czy spełnisz swoje marzenie o udanej nocy sylwestrowej. A czasu coraz mniej…
fot. raspberryheels.com
Co po sylwestrze? Mało ważne. Masz trzy miesiące, żeby walczyć z efektem jo-jo, ewentualnie możesz stosować fantastyczne przepisy z kolorowych pism, bez względu na kaloryczność proponowanych potraw, żeby w okolicy kwietnia znów usłyszeć o cudownych dietach wakacyjnych. I tak do samego lipca. Potem zrzucanie kilogramów po urlopie, na którym możesz przecież pofolgować. Jak w tym wszystkim zachować zdrowy rozsądek?
Mam tylko jedną radę. Trzeba zaakceptować własne ciało, a jeżeli chcesz zrzucić parę kilogramów to nie z powodu sylwestra, wakacji, czy innych okazji, a wypracowując na stałe pewne nawyki żywieniowe. Amen. 
Idę zjeść pączka.

Holidej

wtorek, 11 grudnia 2012

Karp, iglak i George Michael


Skąd wiem, że nadchodzą święta? Hmm, może po bombkach w sklepach, zawieszonych 3 listopada! 
A może po tym, że w DUCHA ŚWIĄT nakazuje mi się wczuć zespół Wham i George Michael wyjący z radia w pracy non stop "Last Christmas I gave you my heart". To nawet nie jest o świętach! Wrrr!
Może w klimat pomoże mi się wczuć Mikołaj stojący przed spożywczakiem, który żeby coś powiedzieć musi podnieść brodę z waty, a tym samym odsłonić pryszczatą twarz nastolatka. 
Tak już słyszę dzwoneczki...
A i jeszcze szefu przypominający Scrooge'a, który średnio co godzinę, mówi, że nienawidzi świąt i w ogóle, jesteśmy nierobami, a te dni wolnego tylko szkodzą gospodarce. No i jego asystentka nakazująca komisyjne ubranie iglaka, który choć sztuczny, jest prawie łysy. Taaa DUCHU ŚWIĄT. Kiedyś Cię znajdę:) Jak mówił Clark Griswold: "Merry Christmas. Holy Shit".

A Wy czujecie, że nadchodzą święta?

Alcatraz


Mówię i myślę "nie"


 Nie pozwolę Ci nigdy:

1 Zdrabniać mojego imienia
2 Podnieść na mnie głosu
3 Zjeść reszty moich pierogów z Torunia i tagliatelle ze szpinakiem
4 Pojeździć na moim czarnym rowerze z kierownicą choppera
5 Skrytykować moich specyficznych włosów, w których mieszka tornado
6 Nakłaniać mnie, abym skórzaną kurtkę zamieniła na różową bluzkę
7 Mówić do mnie myszko, kotku, dziubasku
8 Płacić za wszystko, tylko dlatego, że jesteś facetem
9 Spić się, zasnąć z głową w talerzu i/lub wpaść pod stół
10 Nie odzywać się przez tydzień, a potem zadzwonić i powiedzieć                            cutcaster.com
 „No co tam słychać?”                                                                                        
11 Zwątpić, bo jak śpiewała Kasia Nosowska „jeśli zwątpisz choć jeden raz, to choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę, powrotów nie będzie”.

Alcatraz

Wypomniane parówki


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Najtrudniejszy pierwszy dzień





Chcesz poznać nas lepiej? Dołącz do nas na Facebooku! 

Ja, on, cycki

Ja: Potrzebuję dziesięciu tysięcy.
On: Na co znowu? (tonem, jakbym codziennie potrzebowała dziesięciu tysięcy)
Ja: Na nowe cycki.

Dwie wersje poranka

Poranek - wersja pierwsza:
6:30
Dryń-dryń!!! Wreszcie dzwoni ukochany budzik! Nareszcie mogę wstać i ruszyć do boju! Zmierzyć się z kolejnym pięknym dniem. Wyskakuję na równe nogi (specjalnie, żeby czasami nie opuścić łóżka lewą nogą).  Biegnę nakarmić moje ukochane kotki, które łaszą się do mnie w podzięce. Krótka gimnastyka i zestaw ćwiczeń poprawiających muskulaturę mięśni brzucha. Zimny, orzeźwiający prysznic też jest zbawieniem. A teraz śniadanko. Lubię wymyślać i kuchcić, jedną kromkę zjem z odtłuszczonym serkiem, drugą z chudą wędlinką. Do tego oczywiście zielona herbata. Już nie mogę się doczekać na myśl o mojej ulubionej części poranku - ubieranie się! Podbiegam do mojej ogromnej garderoby, nie będę jednak teraz szykować sobie stroju. Przezornie zrobiłam to już wczoraj. Teraz tylko pozostaje mi tylko zrobić sobie make-up. Boże, jaką ja mam piękną, alabastrową cerę. Wklepię jeszcze krem pod oczy, mam mnóstwo czasu. Jestem prawie gotowa, poprawiam włosy. Zostało mi jeszcze kilka minut, pogłaszczę moje kochane koty. Ach, życie jest takie piękne. A poranki to prawdziwa kwintesencja piękna...

piątek, 7 grudnia 2012

Winna!


List do Mikołaja!

Kochany Mikołaju!
Piszę do Ciebie, bo zauważyłam, że jak nie napiszę, to jakoś nic nie potrafisz załatwić i co roku mam z Twoją hojnością pewne problemy.
W tym roku pod choinką chciałabym zobaczyć coś, czego nie będę musiała oddawać zaraz po sylwestrze. Nie kupuj mi już drogich rajstop. Gdybym złączyła wszystkie rajtki, które w tej chwili są w moim posiadaniu, to mogłabym z nich zrobić kokardkę, którą obwiązałabym kulę ziemską. Nie kupuj mi perfum. Jakoś serca do tego nie masz, Mikołaju. Rok temu, skropiona zapachem od Ciebie, wytrułam kilka osób na pasterce. Odpuść też inne kosmetyki. Wiem, że moje ciało ulega ciągłemu rozpadowi, a Mikołaj widzi wszystko, ale ja naprawdę nie mam czasu wklepywać kolejnych specyfików w rozstępy, cellulity, żylaki, zmarszczki mimiczne... Bo ja jeszcze nie mam rozstępów, cellulitów, żylaków i zmarszczek mimicznych (przynajmniej nie tak dużo).

środa, 5 grudnia 2012

Mikołaju, to karalne!


Cień ideału


Idzie ulicą w butach na wysokich obcasach, każdy odwraca za nią wzrok. Bezimienna jest doskonała pod każdym względem. Ideał. Wszystko udaje się jej najlepiej. Osiąga każdy cel, chociaż nigdy nie wkłada w wykonywane zajęcia więcej wysiłku niż wymagane minimum. Nie przejmuje się niczym. Potrafi zadbać o siebie, w każdej sytuacji czerpie największe korzyści. Dobro własne przede wszystkim.  
Ubrana w błękitną sukienkę z dekoltem na plecach. Każde jej posunięcie ma określony cel. Najczęściej służy przypodobaniu się innym. Jej punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, swoje przekonania dostosowuje do sytuacji. Chce być cool. Właśnie tak o sobie myśli, „jestem cool”.
Włosy Bezimiennej połyskują w słońcu. Ona cała zawsze lśni. Osiąga każdy cel i zawsze stawia na swoim, a nawet jeśli nie, to porażkę przyjmuje w taki sposób, jakby była ogromnym sukcesem, którym należy się chwalić, o którym musi usłyszeć cały świat.
fot. photocompetition.upclive.com
Czerwona szminka rzuca się w oczy przechodniów. Jest odważna. Nie boi się niczego. Spadochrony, nurkowanie. Jest wysportowana. Ciągle podróżuje, również do egzotycznych krajów. Poznaje nowe miejsca, spotyka ciekawych ludzi, uczy się języków.
Bezimienna idzie sama i jest  tego dumna. Nie przywiązuje uwagi do miejsc i ludzi. Żyje sama dla siebie i z myślą o sobie. Jest jej dobrze w samotności. Nie potrafi dbać o drugą osobę, skupia się na słowie „ja”. Niezależna, niczym nie skrępowana, samolubna. Dostrzega błędy i potknięcia tylko osób wokół niej, nigdy swoje.
Ideał – nie wymarzony mężczyzna, ale kobieta, która jest ucieleśnieniem wszystkich cech, o których zawsze marzyłyśmy. Miałam taki ideał. Możliwe, że każda z nas miała lub nadal ma. Ideał, który prześladował mnie niczym cień, przypominał o wszystkich niedoskonałościach. Dzisiaj, kiedy spotykam Bezimienną po latach, myślę „jak dobrze, że jestem sobą”. Nawet, jeśli jestem nieodporna psychicznie, łatwowierna, nawet kiedy rozklejam się przy pierwszej lepszej okazji, oglądając „Holiday”, czy „Uwierz w ducha”:). Po co wypracowywać w sobie cechy, które są całkowitym zaprzeczeniem mnie? Głupota.

Holidej

Praca i śledzie


Zrobić coś dla innych


Wystarczy podjąć drobne kroki, aby pomóc innym. Być może nie zbawimy świata, ale przecież możemy zbawić najbliższe otoczenie…

Raszplowa myśl na obchodzony dziś Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. Niestety nigdy nie byłam wolontariuszem, czego żałuję, ale postanowiłam dziś, że jeszcze przed końcem roku podejmę ten mały krok i zostanę dawcą krwi. 
fot. wolontariatagrafka.pl
Może jakieś inne pomysły, w jaki sposób możemy pomóc innym? – zadanie na dziś J

Holidej

PS. Wolontariuszom życzę wytrwałości i tego, by dobro, które dali innym, wróciło do nich z podwójną siłą.

wtorek, 4 grudnia 2012

Aj law ju do bólu


Kompromis

Holidej ma dla Was raszplową myśl na dzisiaj.

W życiu piękne są tylko chwile…


... Usłyszałam w radiu popijając rano kawę. To prawda. W życiu piękne są tylko chwile, ale zastanawiając się nad życiem swoim i życiem w ogóle, dochodzę do wniosku, że życie to przecież zlepek tysięcy chwil. Tych dobrych, cudownych, niezapomnianych, ale i smutnych, przygnębiających, bolesnych. I jakkolwiek straszne będą nasze chwile każda z nich ma w sobie cząstkę piękna, każda daje nam coś wartościowego, doświadcza, wpływa na umysł i duszę, staje się częścią nas, nawet jeżeli sprawia ból, jeśli przynosi śmierć.
Dążę do tego, że skoro w życiu piękne są chwile, a życie to zlepek chwil, to wniosek jest jeden: życie jest piękne. Jest. Nieważne jak bardzo daje ci w kość. Kiedy wątpisz w to, o czym mówię, pomyśl o wszystkim, co piękne, o dobrych osobach, które stanęły na twojej drodze, o niesamowitych momentach w życiu, kubku ulubionej kawy i czekoladowym batoniku, który zawsze poprawia nastrój. O tych wielkich, niezapomnianych chwilach, o drobiazgach przynoszących codzienne szczęście.
Wiem, to wszystko jest okropnie ckliwe, może to przez nocne oglądanie komedii romantycznych z ukochaną przyjaciółką, może przez sypiący za oknem biały puch. Sęk w tym, że chcę tego, co ckliwe, chcę być niepoprawną optymistką, chcę żeby moje życie było jednym wielkim happy endem. Czy to możliwe? Mam nadzieję, że tak. To był dla mnie ciężki rok, ale jednocześnie przeżyłam  tak wiele niesamowitych chwil. Podsumowując powiem jedno, grunt to pozytywne myślenie i różowe okulary w pogotowiu. Wtedy łatwiej dostrzec, że w życiu piękne jest... życie.

Holidej

Trzeba się wyluzować



„Jestem kobietą, wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie..” śpiewała niegdyś wokalistka, której twórczość nie za bardzo lubię. Nie dlatego jednak się z tymi słowami nie zgadzam. Prawda jest bardziej brutalna. Według mnie po prostu:

Kobieta jest robotem – ma 39 stopni gorączki, ale musi ugotować obiad z trzech dań. Nie przejdzie obojętnie obok kurzu na szafce, chociaż ledwo trzyma się na nogach. Znam przypadek takiej, która podczas ataku rwy kulszowej, myła o pierwszej w nocy kredens w kuchni. Po co wam to, za dużo tej perfekcyjnej, wiadomo kogo.
Kobieta to emocjonalny rollercoaster – idą za rękę, śmieją się, całują i nagle trafia ją szlag. Bo przypomniała sobie, że trzy dni temu on rozrzucił skarpetki i w sumie nadal ją to wkurza. I zaczyna się stan menopauzalny. „Bo ty mi nigdy nie pomagasz”, „Bo ty mnie nigdy nie słuchasz”.
Kobieta rozkminia – O czym myślisz? – pyta go eteryczna istota w najmniej oczekiwanym momencie, np. „po”. Otóż faceci, tym różnią się od nas, że mają w mózgu szufladkę z napisem „nicość”. Kiedyś o tym słyszałam i się z tym zgodzę. Kiedy jest dobrze, po co zastanawiać się nad drobiazgami. Po prostu jest fajnie. Nie rozkminiaj. Niby co on ma powiedzieć: „ O Tobie”, czy „O wojnie w Czeczenii”. On się najzwyczajniej w świecie cieszy. Tyle
Kobieta lubi równania – szczególnie porównywać się z innymi. Że włosy mogłyby być jak u Kasi, zęby Zdzisi są lepsze, a talia, talia to tylko tej Karoliny z bloku obok. I potem pyta się takiego wpatrzonego w nią: „Czy nie jestem za gruba”, „Mogłabym trochę schudnąć”… Oni mają to gdzieś, kiedy was kochają. Sformułowanie, „erotyczna powierzchnia użytkowa” to coś co widzą. A wy zamiast wymyślać, nie wpieprzajcie kabanosów o drugiej w nocy.

Kobiety, pamiętajcie jak powiedział Laska z „Chłopaki nie płaczą” – „Trzeba się wyluzować”.

Alcatraz

Jak uwieść faceta (dziesięć niezbędnych warunków)

Potrafię uwieść każdego faceta. Serio. Dzisiaj podzielę się z Wami tą tajemną wiedzą. Bo tak naprawdę wystarczy spełnić tylko kilka warunków.

Warunek 1:
Słuchaj faceta. Każdy facet jest trochę jak mała baletnica, stawiająca pierwsze kroki na scenie. Potrzebuję uwagi. Wiadomo, że czasami nie interesuje nas wymiana tłumika, jakiś interfejs na usb, chłodnica, maźnica, gaśnica, bóg wie co tam jeszcze, ale słuchać trzeba. Facet wysłuchany to facet szczęśliwy.

Warunek 2:
Praw mu komplementy. Kobietom się wydaje, że tylko faceci są od prawienia komplementów. Niestety te czasy minęły już dawno. Najlepiej traktować faceta trochę, jak produkt reklamowy. Ty jesteś copywriterką i musisz stworzyć mu dobry slogan, hasło reklamowe, pozytywne public relations. Mów mu za co go cenisz, podziwiasz, czym cię zaskakuje. Najlepiej twórz porównania (tylko nie takie w stylu "jesteś bystry, jak Forrest Gump"), dzięki nim facet cię zapamięta, będziesz kojarzyła mu się z czymś dobrym. Często jest tak, że odkrywasz w facecie cechę, o której on sam wcześniej nie wiedział. Wielu już za to się w tobie zakocha.

Facecie...

Nie staraj się zrozumieć wszystkich kobiet, tylko mnie.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wehikuł czasu


Kiedy ma się szesnaście lat, wygląda się jak przez okno (być może są szczęściary, które już wtedy były piękne, jak do nich nie należałam), nosi się za duże ubrania i spotyka z niewłaściwymi chłopakami. I do tego małe kraterki na twarzy, „wulkany” wybuchające w najmniej oczekiwanych porach dniach.
Moja fryzura przypominała gniazdo, w którym mogły żyć pterodaktyle. Każdy włos sterczał w różną stronę, jak takie antenki, ściągałam na zmianę nocne programy dla dorosłych i „Domowe Przedszkole”. No może pomiędzy, jakiś teledysk Guns n’Roses się zdarzył. Ubrania miały ukryć nadprogramowe kilogramy i chyba całą złość jaką miałam w stosunku do otaczającego mnie świata. Pragnę tu nadmienić, że byłam posiadaczką czarnego swetra, sięgającego niemal za kolana o wdzięcznym imieniu Al. Przyjaźniłam się z Asią, właścicielką najgłośniejszego i najbardziej szyderczego śmiechu w klasie. Aśka była również właścicielką pająka w stanie hibernacji, którego trzymała w piórniku. Zdaje się, że zwał się Herman.
To był także czas niegrzecznych chłopców...skóra, glany i jedna wielka anarchia w głowie. Taki niby zbuntowany rycerz.... Z czasem okazało się, że z niegrzecznych chłopców wyrastają dorośli łajdacy, od których słyszysz, że „jesteś jednym, wielkim pierdolonym problemem”. Wielkie swetry nie ukryją problemów, ani braku akceptacji. I nawet jeżeli przestaniesz być „pryszczatką”, tak naprawdę nie zmieni się nic, bo nadal w środku będziesz, nie bójmy się tego słowa „dupą wołową”.
Nie cofnęłabym się w czasie, bo dobrze mi tak jak teraz. Bo nie jestem małym zakompleksionym stworzonkiem, szukającym akceptacji u faceta. Bo uważam, że jestem po prostu fajna. Toksyczne typki posyłam kopniakiem na księżyc. Nie ze mną te numery. Nadal widuję się z Asią i uważam, że czarny to nie kolor, to styl życia. Moje włosy odbierają jeszcze więcej programów. Jednak...nie czaję się w koncie, aż ktoś mnie z niego wyciągnie. Zachłannie biorę życie, bo czuję, że żyję dopiero od niedawna. Odpuściłam bezsensowne znajomości, udawane przyjaźnie. Nie zamierzam być idealna. Nie spełniam czyichś oczekiwań. Boże, jak mi jest łatwo. Lepiej późno, niż za późno.

Alcatraz

Well I am just out of school

I am real real cool

I got the jump got the jive

Got the message I'm alive

I'm a wild I'm Wild One!

Ohhh yeah I'm a Wild One!

I'm gonna keep a shakin'

I'm gonna keep a movin' baby

Don't you cramp my style I'm a real wild child!


Dzika



Poigram dziś z losem
Trochę hazardu
Zabawię się
On będzie krupierem
Ja jego ofiarą w przydługim swetrze

Stojąc na starym chodniku
Kołysząc się na szarej płycie
Oddaje się jej pod opiekę
Ważą się moje losy

Jestem ostatnim owocem
Być może nadgniłym, który
Został na tym dziwnym drzewie
Zwanym światem

Nie ma już nic ze mnie
Płyta pęka, drzewo umiera
Ale trwam jak film na nocnym seansie
Choćby nie przyszedł nikt






Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości...


Gentelman zawsze w cenie

fot. by aleseriale.pl
fot. aleseriale.pl
Nie wiem jak wy, ale ja jestem pod wrażeniem, kiedy facet przepuszcza mnie przodem w drzwiach, ustępuje miejsca w zatłoczonym autobusie, czy wyręcza mnie w dźwiganiu ciężkich zakupów. Ostatnio – dzięki codziennej, miesięcznej podróży pociągiem – ku mojemu zdziwieniu zauważyłam, że tacy mężczyźni nadal istnieją, mimo, że uważani są za gatunek wymarły. Chociażby w miniony piątek.  Kiedy wpadłam do wagonu po wcześniejszym kilkuminutowym sprincie na peron zrobiło mi się słabo na myśl o tym, że będę musiała stać przez następną godzinę w ciasnym przedziale. Wszystkie miejsca siedzące były zajęte, a o wygodne miejsce stojące też było trudno. Byłam wręcz wstrząśnięta, kiedy jeden z mężczyzn wstał i wskazując na swoje miejsce zaznaczył, że mogę usiąść. A jeszcze parę dni wcześniej jeden z podróżnych (płci męskiej) zwrócił uwagę drugiemu, który rozłożył na miejscu obok torby z zakupami. Kiedy „obładowany” ustąpił, ten drugi z zadowoleniem powiedział, że teraz mogę wygodnie usiąść.
Zastanawiając się, gdzie CI mężczyźni, przyszło mi do głowy, że my same po części doprowadziłyśmy do ich wyginięcia, m. in. dzięki hasłom w stylu: „nie chcę, żebyś pomagał mi nosić ciężkie torby, uważasz, że jestem słaba?”, „płacisz za mnie – sugerujesz, że nie potrafię zarobić tyle, co ty!”. Z drugiej jednak strony są faceci, którzy celowo doprowadzają do wyginięcia cech i zachowań gentelmana, wykorzystując nasze usilne błagania o równe traktowanie w sferze zawodowej i prywatnej.
Jeżeli chodzi o mnie, mówię TAK dla przepuszczania kobiety w drzwiach, wstawania, kiedy podchodzi do stołu, otwierania drzwi, płacenia na randce, ustępowania miejsca, pomocy przy noszeniu zakupów… Właściwie jedyne NIE dotyczy całowania w rękę, którego po prostu nie lubię. Myślę, że mężczyzna, którego stać na takie gesty zawsze będzie postrzegany przez kobiety w lepszym świetle. Jeżeli nie przez wszystkie, to ręczę, że przez zdecydowaną większość.

Holidej

Mieć hejta...

Czy na Ziemi są istoty myślące - owszem, ale ja tylko z wizytą... - napis zobaczony na murze.

Bo czasem wszyscy są jak "włos w zupie"...

Alcatraz

niedziela, 25 listopada 2012

Zakochane, durne idiotki

Dzisiaj (po rozmowie z jedną zakochaną) nasunęła mi się płciowa różnica bycia w związku. Bo facet, który jest w związku, to po prostu facet, który jest w związku. Zaś kobieta, która jest w związku, to kobieta częściowo wyłączona życiowo. 


Odkryłam, że kobieta, gdy przeżywa stan zakochania:
a) mówi tylko o Nim, bo tylko On jest godny strzępienia sobie jęzora (i każdy ma obowiązek tego słuchać);
b) myśli tylko o Nim, bo o czym jeszcze można by myśleć;
c) martwi się, czy aby na pewno zasłużyła na jego miłość (o tym, czy on zasłużył na jej miłość jakoś nie ma potrzeby myśleć);
d) jest przekonana, że jej uczucie, związek, motyle w brzuchu, emocje wywołane przez lubego są najważniejsze na świecie (nie, Moja Droga, to wszystko to gówno, które interesuje tylko Ciebie i ewentualnie Twojego faceta, jeśli jest totalnym laczkiem i lubi analizować z Tobą takie pierdoły);
e) zapomina o urodzinach przyjaciółki, ale ma do tego święte prawo, bo była z Misiem na basenie tego dnia, bo akurat przypadała ich trzecia miesięcznica (osz, co to w ogóle jest ta miesięcznica?!);
f) ciągle się głupio pyta, jak wygląda (wiadomo, że ładnie wygląda, bo jak ktoś jest szczęśliwy, to przeważnie ładnie wygląda, no i jak spędziła ostatnie dwie godziny u kosmetyczki to także trudno wyglądać źle);

Imię eks podczas s.

Holigoli ma dla Was słowo na niedzielę. Weźcie to sobie do serca. 



wtorek, 20 listopada 2012

W poszukiwaniu "koguta domowego"


Każda z nas jest kurą. Mniej, bądź bardziej, ale zawsze, choć nie wiem jak usilnie wypierałybyśmy się tego. Jesteśmy kurami domowymi, pozostaje kwestia w jakim stopniu i na ile my same na to pozwalamy.
fot. demotywatory.pl

W gruncie rzeczy mężczyźni są całkiem pomocni, a to w jakim stopniu realizują się w tak zwanych „kobiecych” pracach domowych zależy tylko od nas. Ostatnio coraz częściej słyszę trzy, bądź co bądź, piękne słowa: podział domowych obowiązków. Oby padały one jak najczęściej, bo jak na razie ogólne przekonanie o tym podziale dopiero raczkuje.

Przyjaciółka powiedziała kiedyś, że w domu brakuje jej jeszcze tylko dwóch rzeczy – zmywarki i ekspresu do kawy. Pomysł niezły, ale sprzęty nie pomogą nam we wszystkim. Kanon domowych obowiązków jest obfity: zmywanie naczyń, po śniadaniu, kawie, obiedzie, podwieczorku, kolacji, wycieranie kurzu, zmywanie podłogi, mycie okien, gotowanie, pieczenie, pranie, prasowanie, podlewanie kwiatów, zakupy… Do tego dziesięć godzin pracy. Dzień rasowej pani domu powinien trwać 60 godzin. Chociaż pewnie i tak znalazłoby się coś do zrobienia.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Anty-baby land


Miejsce o takiej nazwie chciał kiedyś założyć Al. Bundy, głowa amerykańskiej rodzinki, będącej karykaturą modelowego małżeństwa z dziećmi. Chociaż nie mam łysiny, kosmici nie używają moich skarpetek jako paliwa i nie wkładam ręki w gacie, siadając na kanapie (dla mniej domyślnych to kwintesencja „alabundyzmu”), bywa, że marzę o tym samym. Jest kilka powodów, dla których mam ochotę skupić wszystkie wkurzające baby w jednym miejscu i ich stamtąd nie wypuszczać... nigdy...

List do Pana Eks


Cześć Eks!

Piszę do Ciebie, bo wiem, że i tak tego nie przeczytasz. Nie czytałeś moich tekstów nigdy. Kiedyś nawet powiedziałeś mi wprost, że ich nie rozumiesz. Zawsze ceniłam w Tobie tę szczerość.
Na wstępie muszę Ci się do czegoś przyznać. Zapomniałam o Tobie na rok. Pojawił się ktoś inny i Ty nagle przestałeś się liczyć. Przestały mnie budzić w nocy koszmary, w których mówisz do mnie „najgorsze, co mnie spotkało w życiu, to związek z Tobą”. Pamiętasz, jak mi to wyznałeś na plaży w Kołobrzegu? Jakież to było romantyczne i jak bardzo litościwe były spojrzenia naszych wspólnych znajomych... Bo oczywiście, nie mogłeś sobie odpuścić i musiałeś obdarować mnie tymi czułymi słowami przy publice.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Każdy ma jakiegoś bzika!

Każdy ma jakiegoś bzika, 
każdy jakieś hobby ma!
A ja w głowie mam chomika,
kota, myszy oraz psa! 

Dzisiaj z jedną z bliskich mi osób wyrzucałyśmy sobie, jakie bziki ma ta druga. Sporo się tego nazbierało. Napiszę o swoich. Dostałam bowiem zakaz od osoby mi bliskiej do publikowania jej bzików (ot, taki bzik prywatności).


Lista moich  bzików:
1.) w wolnych chwilach stoję pod myjnią samochodową i wącham tamtejszą woń - bardzo lubię kwiatowy zapach płynu, który jest tam używany;
2.) kiedy myję zęby, śpiewam w myślach "sto lat", ze wszystkimi dodatkowymi zwrotkami - doskonały sposób, żeby szczotkować zęby pięć minut;
3.) kiedy mnie coś wkurza nucę pod nosem "Smoke on the water";
4.) raz na kwartał uzupełniam listę "Rzeczy do zrobienia w życiu";
5.) gram w Eurobiznes według własnych zasad (m. in. kradnę pieniądze z banku już przed rozpoczęciem gry);
6.) rysuję wszędzie wielbłądy i wciskam wszystkim kity, że to przynosi szczęście;
7.) panicznie boję się, że wiatr może mnie zepchnąć na ulicę, przez co zginę tragicznie potrącona przez auto. Kiedy wieje wiatr, trzymam się barierek;
8.) zapisuję się na wszystkie możliwe newslettery;
9.) zadaję durne pytania w większych grupach ("powiedzcie, o czym marzycie?"), powodując tym samym niezręczne chwile ciszy;
10.) lubię palić papierosy w różnych pozycjach - pochylona, na brzuchu, przewieszona przez parapet, zwisając z kanapy;
Bzików, schiz, durnot takich mam jeszcze kilka. Wszystkie je bardzo lubię. Wiecie dlaczego? Bo sprawiają, że jestem Holigoli! Dziś pomyślcie o swoich bzikach i podziękujcie im pięknie za to, że są z wami.

Ciao,

Holigoli

Jesteśmy na Facebooku! Polub nas!

sobota, 10 listopada 2012

Wybacz mi - wersja popijacka

Dzisiaj nauczę Was, jak przepraszać faceta po pijackiej imprezie.
Wyróżnijmy dwóch bohaterów tych przeprosin:
ja - niesmacznie pijana
on - obrzydliwie trzeźwy
Miejsce akcji: pub, parking samochodowy, auto (srebrne), jakieś dziwne schody, sklep Żabka.



Pierwsze piwo
Przepraszam Cię, Kochanie, za ten wieczór. Mogłeś się zdziwić, kiedy zamiast pepsi przyniosłam sobie butelkę pierwszego piwa. Ale przecież znasz mnie, jeśli mówię, że tym razem nie piję, to wychodzę nawalona. Mogłeś mieć chociaż podejrzenia, że tym razem będzie podobnie.

czwartek, 8 listopada 2012

Gdyż nie miała co robić


Przypełzłaś, gdy cię w sumie nie chciałam. Było mi w końcu dobrze. Nic nie zakłócało myśli, przebiegu dnia, nie właziło z butami w życie i nie domagało się więcej. Nie ty, nie zapukałaś do drzwi, chlusnęłaś, że wyleciały z ramy! Najpierw patrzyłam na ciebie jak na frajerkę, że niby co tu chcesz, że może już sobie idź, że zostajesz to zbyt późna. Kazałam popukać ci się w czoło i to porządnie. Miałaś się mnie bać, a nie pałętać się pod nogami. Gdybym mogła cię kopnąć, to pewnie bym to zrobiła, ale było mi żal, bo byłaś „bezpańska”.
Pomyślałam, dobra, to zostań. Bo może „przyszłaś wcześniej, gdyż nie miałaś co robić”. Takie małe vertigo jak u Hitchcocka nawet się przyda, o taka tam odskocznia. Kontrolowałam co robisz, żebyś nie hasała jak koń Rafał...Tak mi się zdawało. A kiedy zorientowałam się, że nie odejdziesz i mam przerąbane... zorientowałam się, że jesteś... miłością.

I’m a loser baby...


Piszę o tym, bo mam dość. Mam po dziurki w nosie słuchania jak wam źle, że mało płacą, że warunki nie te, albo, że żadnej pracy nie możecie znaleźć. Szlag mnie trafia, gdy widzę, jak zostajecie członkami „Straconego pokolenia” na popularnym portalu „z twarzą” w tytule. Że niby dlaczego stracone? Bo jest pod górkę, bo akurat mamy przechlapane? A kto obiecywał, że będzie łatwo? Jestem po studiach humanistycznych, po których „z założenia” według niektórych z was pracy mieć nie powinnam. Dostałam ją tydzień po obronie. I to tę, o której marzyłam. Może miałam szczęście, a może po prostu na to zapracowałam. Nie, nie miałam układów, znajomości, wysoko postawionych rodziców (wręcz przeciwnie). Ja po prostu zap...lałam od rana do wieczora, robiąc kolejne praktyki, staże i szukając kontaktów. Bo poza balowaniem na studiach, musiałam pomyśleć, że z czegoś trzeba żyć i teraz i później. Śmiać mi się chciało, gdy słyszałam opinie ludzi z roku „po tych studiach to nic nie będziemy mieć”, „nie ma po tym pracy”. Taaak, jeżeli całe pięć lat żyło się na garnuszki mamusi i wstawało po 12 być może tak będzie.

Kilka miesięcy temu. Spotkanie z koleżanką, dawną znajomą.
 - Szukam pracy, ale nigdzie mnie nie chcą. Wiesz, nie chcę byle czego. Nie pójdę do sklepu, bo ludzie są denerwujący. Trafi się wkurzający klient i co zrobię?
-    Ale ja też mam wkurzających ludzi w pracy. Wszędzie są tacy.
-    Ale tobie zawsze udawało się wszystko, co zaplanowałaś

I wtedy miałam ochotę kopnąć ją z glana. Zasuwanie przed zajęciami, po nich i w wakacje określa terminem „udawało ci się”...Nie rozumiem tego podejścia, nie rozumiem postawy roszczeniowej „należy mi się, bo jestem zarąbistym magistrem”. Ja też jestem magistrem, który zna swoją wartość, ale nie ma poczucia „ociekania zajebistością”, bo skończył studia.
Poza tym, studia kończy też cała masa baranów, którzy nie mają podstawowej wiedzy, za to kolosalne wymagania wobec przyszłych pracodawców.

środa, 7 listopada 2012

Kobiety chcą penetrować Marsa, faceci Wenus - niekoniecznie


Kobiety za wszelką cenę chcą rozgryźć męską psychikę. Pomyślałam o tym siedząc u fryzjera. To rzeczywiście trochę dziwne, ale właśnie  tam przeglądam kolorowe czasopisma. Tak więc i tym razem, relaksując się  i oczekując na finalny efekt trzydziestominutowego "trzymania farby na głowie", wzięłam się za czytanie tych właśnie gazet. Każde z pism, w mniejszym lub większym stopniu, poruszało jeden temat: co zrobić, aby poznać męski punkt widzenia. Fascynujący szereg trików pomagających zrozumieć męską psychikę, męski system komunikacji niewerbalnej. Kobiety to uwielbiają. Chcą poznać każdy detal, aby usidlić faceta, dopasować się do niego. Zastanawiam się tylko, po co? Czy mężczyźni zagłębiają się w tajniki kobiecej psychiki? Oczywiście, że nie. Czy rozumieją kobiecy system znaków, sygnalizujący o naszym zainteresowaniu? Wątpię. Co zabawne, większość z kobiet uczyła się takich właśnie znaków od najlepszej przyjaciółki, ja przynajmniej byłam uczona J Myślę tu o przeczesywaniu włosów, gładzeniu się dłonią po dekolcie, dziwnym wykrzywianiu warg wyćwiczonym do perfekcji…
Dla Marsjanina czarne jest czarne, a białe – po prostu – białe. Tak naprawdę facet, któremu się podobasz wcale nie zwraca uwagi na to, czy dajesz mu specjalne znaki, nie myśli o tym, czy udajesz niedostępną, bo jeśli taka jesteś, dla niego to znak, że właśnie taka jesteś… rozumiecie o co mi chodzi.
Ostatnio przyjaciółka po powrocie z pierwszej randki z zadowoleniem powiedziała, że robiła wszystko to, czego jej zabroniłyśmy [buntowniczka :)] i poruszała tematy, które wskazałyśmy jako ZAKAZANE. Teraz prawie już dwa miesiące jest w szczęśliwym związku. Można?... Można!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Ku pamięci moim przyjaciółkom płci męskiej

Rok temu o tej porze miałam dwóch przyjaciół facetów. Fajnie było ich mieć, bo przyjaźń z facetami jest jednak inna niż przyjaźń z kobietami. Czasami trochę prostsza, bywa bardziej rzeczowa, trochę mniej emocjonalna. W przyjaźni z facetami podobała mi się najbardziej kanciatość naszych relacji. To, że oni potrafili mnie postawić do pionu, bez zbędnego użalanie się nade mną. Z drugiej strony czułam w tych kontaktach sporo czułości, troski, empatii. Kumpel-facet przyjedzie o drugiej w nocy z drugiego końca Polski, jeśli wyrazisz taką potrzebę. Kumpel-facet pójdzie z tobą na wesele, będzie twoim kierowcą i nawet słówkiem nie piśnie, że też lubi wódkę...
Nie będę jednak roztkliwiać się nad zaletami przyjaźni damsko-męskiej, bo właśnie jestem na etapie zastanawiania się, czy takowa w ogóle w przyrodzie występuje. Nie bez powodu użyłam czasu przeszłego w pierwszym zdaniu niniejszego tekstu.
MIAŁAM przyjaciół płci męskiej. Dwóch fajnych, wesołych, zabawnych, bystrych, miłych i strasznie kochanych kumpli. Dzisiaj pozostało mi po nich kilka sms-ów i zabawnych zdjęć z wakacji.  Przyjaźń z nimi skończyła się, gdy ja zaczęłam nowy etap swojego życia, a na mojej drodze stanął mój obecny partner. Uprzedzam zgryźliwych, to nie ja ich olałam i wcale nie miałam dla nich mniej czasu. Dalej do nich dzwoniłam, wysyłałam maile, próbowałam wyciągnąć do kina, próbowałam w ogóle pogadać. Ale między nami była już ściana. A właściwie był wielki foch. Jeden z nich powiedział mi wprost: jestem zdziwiony tymi wszystkimi związkowymi nowinami. I przestał się odzywać. Nie pytali, czy jestem szczęśliwa, nie chcieli poznać mojego faceta, nie chcieli ze mną rozmawiać w ogóle, bo znalazłam sobie faceta.
Kiedy powiedziałam o tym ostatnio mojej koleżance, uśmiechnęła się leciutko i zasugerowała, że oni raczej widzieli się w roli mojego faceta, aniżeli przyjaciela. Dzisiaj wiem, że chyba faktycznie tak było. Wiem też, że oni czują się oszukani, może nawet wykorzystani, ale ja czuję się dokładnie tak samo. Przyjaźniliśmy się przecież! Przyjaciel cieszy się, gdy jego najlepszy kumpel zaczyna układać sobie życie, martwi się, czy aby na pewno jest szczęśliwy, chce poznać wybranka swojego kolegi. Ba! Powinien chcieć też się z tym partnerem polubić. Moi eks przyjaciele faceci zostawili mnie. Odcięli się z dnia na dzień.
Tak, mam im to za złe. Oszukiwali mnie. Czy czuję się winna? Nie, bo ja nie dawałam im sygnałów, że może kiedyś wyrośnie z tego coś więcej, jakieś piękne uczucie. Mieliśmy się tylko kumplować i miało być pięknie. Zamiast tego oni zachowali się, jak baby.

Holigoli

Dobra rada od cioci Holigoli!
Jeśli ktoś Ci się podoba, powiedz mu o tym. Nie zaczynaj przyjaźni, wiedząc, że w następstwie będziesz od tej osoby oczekiwać czegoś więcej. To nie jest uczciwe.

poniedziałek, 29 października 2012

Dobrze czasem dostać kopniaka


Z perspektywy miesięcy jestem w stanie wypowiedzieć całkiem szczerze takie zdanie. Dobrze jest dostać kopniaka w dupę, nawet jeśli początkowo zawalił ci się świat. Jeszcze kilka tygodni temu myślałam zupełnie inaczej. Trudno pogodzić się z tym, że ktoś  potraktował cię jak gówno. Nie boję się tego słowa. Tak niestety się czułam. Praca, której oddałam wiele, zakończyła się w ciągu kilku sekund. „Nigdy nie zostawiłbym pracownika z dnia na dzień bez pracy” słyszałam nie raz z ust byłego pracodawcy.  Cóż, widocznie zmienił zdanie.
Myślisz sobie, to jest to zajęcie, dla której warto się poświęcać, chociaż kasa jest marna i nigdy nie usłyszysz dobrego słowa… Błąd! Oczywiście należy lubić swoją pracę, ale ważny jest też szacunek - dla pracownika, dla wykonywanej przez ciebie pracy, dla samego siebie. Teraz widzę wszystko jaśniej. Przychodzi mi na myśl, że nie warto tkwić w jednym miejscu tylko ze względu na przyzwyczajenie i lęk przez nieznanym.
W całej tej historii dochodzę do jednego wniosku:  ludzie, to oni są najważniejsi w naszym życiu i to właśnie ze względu na nich mój wysiłek coś znaczył. Nie obyło się bez tłumu fałszywych drani, ale warto się z nimi zetknąć, by znaleźć parę wartościowych osób, które są wsparciem przez lata. A może i do końca życia. Bez nich nie dałabym rady.
Długo zbierałam się, żeby to wszystko powiedzieć głośno. Dziś potrafię dostrzec wiele pozytywów i skupić się tylko na nich. I nie chodzi jedynie o przyjaciół, ale o każdą sympatyczną postać, która pojawiła się w moim życiu dzięki poprzedniemu zajęciu, która patrzy z szacunkiem bez względu na wykonywaną pracę. To miłe, że nadal dzwonią, pytają co się dzieje i życzą udanego startu na nowej drodze. To podbudowuje. To daje siłę, by podążać dalej obraną ścieżką. I właśnie to zamierzam zrobić. Po deszczu zawsze wychodzi słońce. Dostrzegam je J

Holidej

niedziela, 28 października 2012

Singielka w związku

Problem mojego związku polega na tym, że jestem singlem. Prawdopodobnie taka już się urodziłam. Dotąd mi to nie przeszkadzało. Prawdopodobnie dlatego, że moje związki nie trwały dłużej niż dwa miesiące. Na tyle wystarczało mnie i facetom, z którymi się spotykałam sił i energii, żeby utrzymywać związek. Bo, tak na marginesie, jeśli jedna osoba dąży do  życia w pojedynkę, to trudno mówić tutaj o budowaniu jakiegokolwiek związku. Można mówić co najwyżej o bardzo przelotnym flircie.
Tym razem jednak trafiłam na faceta, któremu zależy. To jest takie "zależy" pisane z wielkiej litery, bo jemu zależy bardzo. Niesamowity jest w pokazywaniu tego, jak bardzo mu zależy. Gdy zaczynam swoją tyradę zatytułowaną "Musimy się rozstać, bo ja się duszę w związku", on ze stoickim spokojem prezentuje mi wszystkie zalety bycia w związku. Ja tego potrzebuję, bo jestem typem człowieka, który robi analizę SWOT podczas każdej, życiowej decyzji. On, ten mój dobry facet, jako pierwszy zaczął szanować moją wolność. Daje mi jej tyle, ile potrzebuję. Czasami, kiedy jestem już naprawdę zdesperowana i naprawdę czuję potrzebę, żeby od niego odejść, on mi na to pozwala. Mówi: "no dobrze, rozstańmy się". Rozstajemy się i pierwsze chwile są cudowne, bo ja wracam do spełniania wszystkich singielskich postanowień. Bardzo szybko przychodzą jednak chwile dramatyczne, pełne czerni, w których uświadamiam sobie, że mam swoją wolność, ale nie mam jego. Mój facet pozwala mi do siebie wracać. Czeka na mnie i śmieje się, że wiedział, że wrócę. Nie wypomina mi tych chwil. Akceptuje je, bo wie, że to część mnie. Te wahania nastroju nie wynikają z tego, że ja go nie kocham. One powstają na myśl, że będę w tym związku do końca życia, że nic się nie zmieni, że w tej sferze życia osiągnę constans. 
Po co to piszę? Bo myślę, mam ogromną nadzieję, że jest na świecie jeszcze jedna osoba, która ma tak samo i też jest singlem w związku. Chciałabym móc powiedzieć mojemu facetowi: "no widzisz, mnóstwo kobiet ma ten problem". Chciałabym też, żeby kobietom, które mają ten problem udało się trafić na takiego faceta, jak mój.  

Holigoli 



czwartek, 25 października 2012

Śnieżka i fighterka, ad. do depresji Holigoli


Tik tak, tik tak – gasiłam światło w pokoju, a zegar zasuwał i robił się ranek zanim zamknęłam oczy. Próbowałam zasnąć i nie myśleć o tym, że jutro znowu coś MUSZĘ. Wstawałam zmęczona jakbym przebiegła maraton. „Rzygałam” na samą myśl o tym, że mam wykaraskać się z łóżka i iść do pracy, która nie tak dawno przecież była moją pasją. Próbowałam nawet coś robić, ale jechałam na oparach paliwa. Zawalałam terminy, spotkania. I miałam to centralnie w dupie. Miewałam już wcześniej mniejsze i większe problemy tzw. „doliny”. I żeby było jasne nie jestem osobą, która przejmuje się drobiazgami, albo wymyśla trudności. Pojawiły się same i był ich ogrom. Nie dałam rady tym razem. Wiedziałam, że jest bardzo nie tak, że za chwilę nie wytrzymam stanu ciągłego zmęczenia. Stwierdziłam, że trzeba się podnieść i może iść do „lekarza od czubków”, zwanego psychologiem. Poradziłam się koleżanki, która też skorzystała z takiej pomocy. Niby kobieta była miła, wysłuchała, doradziła, a nawet coś przepisała. Z koleżanką było lepiej. Umówiłam wizytę – refundowaną. Termin wyznaczono za kilka tygodni, na wydawanie kilku stów prywatnie nie mogłam sobie pozwolić. Myślałam, że nie dotrwam, odliczałam dni.
W końcu nadszedł ten dzień, cholernie mroźny. Przychodnia w kolorze szaro-burym w miejscu, gdzie kiedyś był duży zakład w PRL-u. Wielki, długi korytarz, dziesiątki ludzi czekających do lekarzy do wszystkiego. Odczekałam swoje i weszłam do pokoju przypominającego salę tortur z horroru klasy C. Za małym biurkiem siedziała mała istotka w okularach na nosie. Miałam takie ciśnienie, że wyrzuciłam z siebie wszystko jednym tchem, myśląc, że poczuję ulgę, przecież ona mi pomoże. A tu...się okazało, że...
Pani psycholog miała gotową formułkę. Skąd wiem? Bo tę samą powiedziała mojej koleżance, mającej zupełnie inne problemy. Potem usłyszałam słowa, które hmm były tak groteskowe, że myślałam, że pani psycholog sobie robi zwyczajne jaja. Miałam zwizualizować swoje problemy, a potem wyjść na śnieg i rzucić w nie kulką. Nie, to nie jest żart. Poczułam jakbym dostała obuchem w głowę. Że k... co? Żyć mi się nie chce kobieto, a ty mi tu mówisz o śnieżkach... Wyszłam i ryczałam. Czułam się beznadziejnie, co dziwnym nie jest. Kiedy o tym wszystkim myślałam, zachciało mi się śmiać, (jestem fanką czarnego humoru). Stwierdziłam, że jeżeli nie wezmę się w garść, to nie pomoże mi nikt. Brutalnie, ale skutecznie. Ciężko pracowałam na wszystko, co miałam i nie mogłam tego stracić. I z czasem udało mi się podnieść.
Nie wiem, czy to była depresja, czy głęboka „dolina”. Nigdy więcej nie było mi tak źle. Jestem fighterką i dałam radę sama. Musiałam. Teraz wiem, że poradzę sobie ze wszystkim. Pierwszy raz w życiu jest mi dobrze ze sobą.

Peszek nagrała płytę. OK. W programie u Kuby Wojewódzkiego powiedziała, że to nie była depresja, a załamanie nerwowe. Szczerze, czy dla ludzi, którzy czują, że „nie ogarniają”, ma to takie znaczenie? Po prostu jest bardzo źle. Zresztą, płyty posłuchają kobiety w dużych miastach, pewna jakaś „grupa docelowa”. Moja starsza sąsiadka, której zmarł mąż pójdzie do „tej” pani psycholog, bo nie ma wyjścia. Potem stwierdzi, że lepiej wyjść na spacer z psem.

Alcatraz