Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 stycznia 2013

Miłość w etapach

Miłość składa się z kilku etapów. Oto podstawowe z nich. 

Etap pierwszy - etap ekstremalnego zakochania
Świat widzimy wtedy w różowych barwach. Nie potrzebujemy snu. Nie potrzebujemy jedzenia. Funkcje życiowe ograniczamy do minimum. Potrzebujemy tylko naszej drugiej połowy. Strasznie się wtedy staramy. Dbamy o siebie, jak nigdy wcześniej. Uczymy się tej drugiej połówki. Słuchamy piosenek, o których połówka wspomniała. Czytamy te same książki. Rozmawiamy z połówką do nocy. Wstajemy wcześnie rano, żeby wysłać romantycznego smsa. Po prostu bajka.

Etap drugi - etap oswajania
Już się znamy, już wiemy, co i jak możemy powiedzieć. Zaczynają pojawiać się pierwsze wspólne plany. Nadal jesteśmy dla siebie okropnie słodcy i kochani, ale zaczynamy już rozumieć, że patrzenie sobie w oczy przez dwanaście godzin (bez przerwy) wywołuje ból mięśni i stawów. Czasami na tym etapie pojawiają się pierwsze wyrzuty, zgryźliwości, drobne sprzeczki. Ale szybko je łagodzimy, bo przecież taka kochana, cudowna, wspaniała jest ta nasza połówka. Nadal bardzo się staramy i nadal chcemy, jak najlepiej się prezentować w oczach ukochanej osoby.

Etap trzeci - etap trwałości
Na tym etapie jesteśmy już pewni naszych uczuć. Wydaje nam się, że się znamy z połówką, jak łyse konie. I czasami faktycznie tak jest. Potrafimy się ostro pokłócić, ale też razem rozwiązywać problemy.  Czujemy, że połówka pomoże nam, gdy na horyzoncie pojawią się poważne problemy.

sobota, 22 grudnia 2012

Nie będę perfekcyjna


Bo...

1 Nie mam czasu odkurzać codziennie i na pewno rękawiczka po zetknięciu z moją półką będzie szara.
2 Nie bawi mnie układanie ręczników w zwierzątka. Wolę te żywe zwierzaki, które ze mną mieszkają.
3 Nie chodzę po domu w sukience i szpilkach – wielkie skarpety, wyciągnięta bluza i legginsy to jest to, no chyba, że wiadomo kto ma przyjść...
4 Nie uważam, że miłość do kogoś wyraża się dbaniem o dom. Hmm, bo to dwie osoby powinny o niego dbać!
5 Bardziej dla mnie liczy się czas spędzony z rodziną, niż wysprzątane i nieskazitelne wnętrze. Nie znaczy to jednak, że mieszkam w „chlewie”.
6 Nie interesuje mnie technika sprzątania, czy prasowania. Nie cierpię tego, robię to, bo muszę i nie mam zamiaru wgłębiać się w tę filozofię. Wolę poczytać książkę.
7 Nie nakrywam stołu do obiadu, a z boku talerza nie leży piętnaście widelców i noży – każdy do innej potrawy. No proszę Was, ktoś tak je?
8 Wolę być sobą! Tak, na moim fotelu leżą ubrania, a książki są na podłodze obok łóżka. Tak właśnie wygląda dom, czyli miejsce, gdzie ktoś żyje. Nie chcę mieszkać w muzeum.
8 Moje Święta nie będą perfekcyjne, bo nie! Mają być wesołe i rodzinne. I nie wstanę rano, żeby sprzątać i gotować. Ten weekend to jedyny czas kiedy mogę się wyspać. Codziennie wstaję o 6 rano. I co z tego, że nie będzie 12 potraw, a na lampie pewnie zostanie kurz, bo nie zdążę wszystkiego ogarnąć. Świat się nie zawali. A ja nie zamierzam paść ze zmęczenia w Wigilię.


Co więcej, to samo zaszczepiłam mojej mamie, której do tej pory wmawiano od pokoleń, że ma być perfekcyjna. Ja wolę kiedy jest wypoczęta.

Nie bądźmy perfekcyjne, bądźmy sobą!


Alcatraz

czwartek, 20 grudnia 2012

Frustratka kontra moja matka

Jestem zmęczona. Niewyspana. Nie wyrabiam. Na nic nie wystarcza mi czasu. Mam za mało czasu. Jestem taka obolała. Jestem taka sfrustrowana. Jestem taka nieszczęśliwa. Mam mętlik w głowie. Jestem chodzącym nieszczęściem. 
Jestem Frustratką. 

Słyszę takie zdania niemal codziennie. Nie wiem, co ostatnio stało się młodym kobietom i dziewczynom, ale z ich ust wydobywają się jedynie lawiny skarg na otaczającą rzeczywistość. Na początku mnie to bawiło, teraz staram się to ignorować.
Te narzekające panny, które na potrzeby tego tekstu nazwę Frustratkami, prawdopodobnie dzień zaczynają od mocno skrzywionej miny. Frustrować się można na wszystko, chociażby na pogodę - bo śnieg, bo deszcz, bo słońce, bo wiatr, bo mgła, bo upał, bo mróz. Znakomitym źródłem frustracji jest praca, bo przecież stać ją na coś lepszego bo chciałaby więcej zarabiać, bo w tej nie odpowiadają jej współpracownicy. Czy Frustratki robią coś w tej kwestii? Nie, nie mają na to czasu. Muszą się frustrować.
Z facetami też maja problem. Bo one ich nie rozumieją albo co gorsze, faceci nie rozumieją Frustratek. Ich związkom zawsze czegoś brakuje. A jeśli jeszcze nie brakuje, to Frustratka znajdzie ten brakujący element, ten powód, żeby wbić szpilkę w kolorowy balonik.

wtorek, 18 grudnia 2012

Kwestia spamu

Czy Wam się też tak twarz cieszy, jak czytacie poranną pocztę? A właściwie, jak kasujecie tony spamu, które napłynęły do Was, gdy Wy smacznie spaliście i w swej fazie rem przeżywaliście błogie chwile w świecie bez reklam?
Mnie moja codzienna poranna porcja spamu bawi niemiłosiernie, bo okazuje się, że Internet coraz lepiej mnie zna. Kasuję zatem pierwszego maila o treści "Od dawna chcesz schudnąć?! My Ci pomożemy". Cóż za bystra uwaga. Chcieć to ja chcę. Że od dawna też się zgadza. Ale, że ktoś mógłby mi w tym pomóc, to raczej bzdura. Inna wiadomość jest lepsza, bo zwiastuje niebywałe szczęście. Tytuł trąbi "WYGRAŁEŚ MILION EURO". Szkoda, że podobnych maili dostałam jeszcze trzy. Oprócz miliona euro, zgarnęłam również nowe auto i wakacje w Oslo. Pisze też do mnie księżniczka Ariminina Khurstavova, błagając mnie o pomoc słowami "Ty żyć kraj dobry, ja pomoc prosić. Być święta w nadchodzeniu. Ty wpłacić money na mój kont...". Ja niestety nie wpłacić money na żadne kont, bo ja być ze złego kraj.

Biedny on...


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wehikuł czasu


Kiedy ma się szesnaście lat, wygląda się jak przez okno (być może są szczęściary, które już wtedy były piękne, jak do nich nie należałam), nosi się za duże ubrania i spotyka z niewłaściwymi chłopakami. I do tego małe kraterki na twarzy, „wulkany” wybuchające w najmniej oczekiwanych porach dniach.
Moja fryzura przypominała gniazdo, w którym mogły żyć pterodaktyle. Każdy włos sterczał w różną stronę, jak takie antenki, ściągałam na zmianę nocne programy dla dorosłych i „Domowe Przedszkole”. No może pomiędzy, jakiś teledysk Guns n’Roses się zdarzył. Ubrania miały ukryć nadprogramowe kilogramy i chyba całą złość jaką miałam w stosunku do otaczającego mnie świata. Pragnę tu nadmienić, że byłam posiadaczką czarnego swetra, sięgającego niemal za kolana o wdzięcznym imieniu Al. Przyjaźniłam się z Asią, właścicielką najgłośniejszego i najbardziej szyderczego śmiechu w klasie. Aśka była również właścicielką pająka w stanie hibernacji, którego trzymała w piórniku. Zdaje się, że zwał się Herman.
To był także czas niegrzecznych chłopców...skóra, glany i jedna wielka anarchia w głowie. Taki niby zbuntowany rycerz.... Z czasem okazało się, że z niegrzecznych chłopców wyrastają dorośli łajdacy, od których słyszysz, że „jesteś jednym, wielkim pierdolonym problemem”. Wielkie swetry nie ukryją problemów, ani braku akceptacji. I nawet jeżeli przestaniesz być „pryszczatką”, tak naprawdę nie zmieni się nic, bo nadal w środku będziesz, nie bójmy się tego słowa „dupą wołową”.
Nie cofnęłabym się w czasie, bo dobrze mi tak jak teraz. Bo nie jestem małym zakompleksionym stworzonkiem, szukającym akceptacji u faceta. Bo uważam, że jestem po prostu fajna. Toksyczne typki posyłam kopniakiem na księżyc. Nie ze mną te numery. Nadal widuję się z Asią i uważam, że czarny to nie kolor, to styl życia. Moje włosy odbierają jeszcze więcej programów. Jednak...nie czaję się w koncie, aż ktoś mnie z niego wyciągnie. Zachłannie biorę życie, bo czuję, że żyję dopiero od niedawna. Odpuściłam bezsensowne znajomości, udawane przyjaźnie. Nie zamierzam być idealna. Nie spełniam czyichś oczekiwań. Boże, jak mi jest łatwo. Lepiej późno, niż za późno.

Alcatraz

Well I am just out of school

I am real real cool

I got the jump got the jive

Got the message I'm alive

I'm a wild I'm Wild One!

Ohhh yeah I'm a Wild One!

I'm gonna keep a shakin'

I'm gonna keep a movin' baby

Don't you cramp my style I'm a real wild child!


Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości...


niedziela, 25 listopada 2012

Zakochane, durne idiotki

Dzisiaj (po rozmowie z jedną zakochaną) nasunęła mi się płciowa różnica bycia w związku. Bo facet, który jest w związku, to po prostu facet, który jest w związku. Zaś kobieta, która jest w związku, to kobieta częściowo wyłączona życiowo. 


Odkryłam, że kobieta, gdy przeżywa stan zakochania:
a) mówi tylko o Nim, bo tylko On jest godny strzępienia sobie jęzora (i każdy ma obowiązek tego słuchać);
b) myśli tylko o Nim, bo o czym jeszcze można by myśleć;
c) martwi się, czy aby na pewno zasłużyła na jego miłość (o tym, czy on zasłużył na jej miłość jakoś nie ma potrzeby myśleć);
d) jest przekonana, że jej uczucie, związek, motyle w brzuchu, emocje wywołane przez lubego są najważniejsze na świecie (nie, Moja Droga, to wszystko to gówno, które interesuje tylko Ciebie i ewentualnie Twojego faceta, jeśli jest totalnym laczkiem i lubi analizować z Tobą takie pierdoły);
e) zapomina o urodzinach przyjaciółki, ale ma do tego święte prawo, bo była z Misiem na basenie tego dnia, bo akurat przypadała ich trzecia miesięcznica (osz, co to w ogóle jest ta miesięcznica?!);
f) ciągle się głupio pyta, jak wygląda (wiadomo, że ładnie wygląda, bo jak ktoś jest szczęśliwy, to przeważnie ładnie wygląda, no i jak spędziła ostatnie dwie godziny u kosmetyczki to także trudno wyglądać źle);

poniedziałek, 19 listopada 2012

Anty-baby land


Miejsce o takiej nazwie chciał kiedyś założyć Al. Bundy, głowa amerykańskiej rodzinki, będącej karykaturą modelowego małżeństwa z dziećmi. Chociaż nie mam łysiny, kosmici nie używają moich skarpetek jako paliwa i nie wkładam ręki w gacie, siadając na kanapie (dla mniej domyślnych to kwintesencja „alabundyzmu”), bywa, że marzę o tym samym. Jest kilka powodów, dla których mam ochotę skupić wszystkie wkurzające baby w jednym miejscu i ich stamtąd nie wypuszczać... nigdy...

niedziela, 12 sierpnia 2012

Trend na femi

- Ty też byłaś kiedyś feministką - usłyszałam od jakiejś kretynki na imprezie.
- Jak to byłam? Nadal jestem - roześmiałam się.
- No jak to? Przecież masz już faceta... - odpowiedziała wspomniana już kretynka, a ja nie kryłam swojego zdziwienia jeszcze przez kolejną godzinę.

O co chodzi? Czy feministka to singielka, która dzięki feminizmowi ma okazję do wyżywania się na swój stan cywilny i nieudolność mężczyzn podczas podejmowania decyzji o związku z inna kobietą? Ile jest idiotek w naszym szacownym kraju, które tak uważają?
Wyprowadzam z błędu te, które dotąd właśnie tak myślały. Feministki mają facetów, narzeczonych, konkubentów, mężów, przyjaciół płci męskiej (nie tylko gejów). Co więcej mamy też koleżanki i przyjaciółki (zarówno w związkach, jak i singielki). Feminizm to nie choroba cywilizacyjna przenoszoną drogą telewizyjną przez stacje typu tvnstyle. Feminizm to chęć zdobycia pewnej wiedzy o kobietach, a przy okazji także o mężczyznach. To szukanie odpowiedzi dlaczego jest tak, jak jest i jak może być i co trzeba zrobić, żeby zaczęło tak być.
Znam sporo dziewczyn, dwudziestoparolatek i tych nieco starszych, które podzielają moje (jak się okazuje feministyczne) poglądy, ale w życiu same nie określą się mianem feministki. Bo to wstyd. Obciach. Niezręczność językowa. Out z życia rodzinno-towarzyskiego. Zaczepka dla mężczyzny. I nie o nazewnictwo tu chodzi, ale o ten wstyd. Bo jeśli wstydzimy się o sobie powiedzieć w ten sposób, to za chwilę będziemy się też wstydziły powiedzieć publicznie o swoich poglądach, przemyśleniach, czy potrzebach. Lęk przed nazewnictwem wzmaga lęk przed samą rzeczą (inspirowane Lordem Voldemortem z Harry'ego Pottera).
Faceci boją się feministek, dlatego je obrażają. Dlatego stworzyli dla nich obraz brzydkich pseudo-intelektualistek, których jedyną ambicją jest zniszczenie i mentalne wykastrowanie mężczyzn. Faceci boją się, że feministki ograniczą ich prawa, że postawią na głowie system, w którym dotąd żyli (faceci nie lubią zmian).
Zatem apel do facetów! Zanim z odrazą w głosie powiecie do swojej kobiety "Ty feministko", dowiedzcie się kim jest feministka, jakie poglądy reprezentuje, jakie stanowisko przyjmuje w sprawach współczesnej polityki i praw kobiet, o co walczy, co chciałaby zmienić w obowiązującym prawodawstwie. Dopiero potem traktujcie feministki, jak trędowate. Bo tak naprawdę, jesteśmy coraz bardziej TRENDowate i będzie nas coraz więcej. 
Poniżej kilka mitów dotyczących feministek i dla kontry kilka faktów. Polecam lekturze zarówno paniom, jak i panom.

Mity:
1. Feministki mają trzy cycki.
2. Feministki nie wiedzą, co to depilator, stringi, zalotka i lakier do paznokci.
3. Feministki nie mają przyjaciół (poza innymi feministkami i gejami).
4. Feministki są grube.
5. Feministki nie interesują się niczym poza feminizmem.
6. Feministki nie wiedzą, co to miłość.
7. Feministki nie oglądają telewizji (czytają tylko poważne książki)
8. Feministki nie chodzą na babskie imprezy.
9. Feministki (wszystkie) mają koty.
10. Feministki nienawidzą facetów.

Fakty:
1. Feministki golą nogi i używają kosmetyków, także tych upiększających.
2. Feministki potrafią się wzruszać i płakać.
3. Feministki chodzą na zakupy.
4. Feministki uprawiają seks.
5. Feministki oglądają komercyjne filmy i słuchają komercyjnej muzyki.
6. Feministki noszą koronkową bieliznę.
7. Feministki potrafią przyznać się do błędu i przeprosić.
8. Feministki potrafią gotować i zajmować się domem.
9. Feministki mogą mieć dzieci.
10. Feministki lubią facetów.

Feministka pełną gębą,
Holigoli

Raszple na Facebooku!

poniedziałek, 9 lipca 2012

Kobieta, która nienawidzi kobiet


Teraz napiszę coś za co znienawidzą mnie feministki. Kobiety powinny uczyć się od facetów. Tak, tak powinny. Czego? Egoizmu panie, właśnie egoizmu. Szerzy się choroba, która dotyka coraz więcej moich koleżanek. Idą za swoimi mężczyznami jak cielaki prowadzone na rzeź. Przestają być niezależnymi Kasiami, Magdami, Sylwiami itd., a stają się jakąś hybrydą, łącząc się we wszystkim ze swoim dziadem. Tak będę pisać dziad, to taki synonim. Kto do cholery powiedział, że każdą minutę trzeba spędzać razem, że trzeba pytać, czy mogę iść na kurs języka obcego, czy mogę sobie kupić sukienkę, czy mogę wyjść z kumpelami na piwo. Kiedy słyszę takie teksty, krew mnie zalewa. Otóż tak możesz kobieto, bo zarabiasz na siebie i masz swój własny mózg!
Dlaczego my, które jesteśmy niby takie wyemancypowane, „cipiejemy”, bo nie wiem już jak to nazwać, gdy jesteśmy w związku. Jesteśmy w stanie dać sobą zawładnąć i ograniczyć się jakiemuś tzw. „possessive” guy’owi, którego będziemy bardziej własnością niż ukochaną kobietą? Czy tak chcemy być kochane, że jesteśmy w stanie schować do kieszeni swoje poglądy? Może to tylko takie nasze gadanie na pokaz?
Obraźcie się na mnie i zlinczujcie, ale moim zdaniem to brak pewności siebie. To chore, że wmawiamy sobie wiecznie, że coś z nami nie tak. Kobiety są tak upierdliwe, że zawsze znajdą jakąś niedoskonałość w sobie, a to nogi za grube, a tu brzuch nie taki, a cycki za małe. No do jasnej cholery! Jeżeli faktycznie ważysz za dużo, schudnij! Zrób coś ze sobą kobieto! Albo zaakceptuj siebie i nie wymyślaj na siłę swoich wad!
Czy widziałyście kiedyś faceta, który ma kompleksy? Bo ja nie, najwyżej ma „niedoskonałości”. Kiedy ma brzuch od piwa, twierdzi, że jest dobrze zbudowany. Ma starego „komarka”, ale powie, że jest zmotoryzowany. Nie zna się na danej dziedzinie, ale określi siebie jako „amatora – hobbystę”. Z włosów na ramionach może pleść dready, ale nie ogoli ich tylko stwierdzi, że „kobiety to lubią takie miśki”.
To jest właśnie odrobina egoizmu, której nam brakuje. Więc babki, jeżeli chcecie zrobić coś dla siebie, nie pytajcie o zgodę, po prostu to zróbcie. Jeżeli macie ochotę wrąbać pizzę, nie żyjcie o listku sałaty. Jeżeli ważycie za dużo, schudnijcie dla siebie, nie dla niego. Wyluzujcie, tak jest naprawdę łatwiej. Jest łatwiej kiedy nie spełnia się czyichś oczekiwań.
Nie szanuję kobiet, które zatraciły siebie kosztem  tzw. udanego związku. Dupa to jest, a nie udany związek, kiedy nie możecie się rozwijać. Przytwierdziłyście się do swoich dziadów klejem, czy co? Gorzej, gdy to on zechce się odlepić. Amputacji możecie nie przeżyć.