Rok temu o tej porze miałam dwóch przyjaciół facetów. Fajnie było ich mieć, bo przyjaźń z facetami jest jednak inna niż przyjaźń z kobietami. Czasami trochę prostsza, bywa bardziej rzeczowa, trochę mniej emocjonalna. W przyjaźni z facetami podobała mi się najbardziej kanciatość naszych relacji. To, że oni potrafili mnie postawić do pionu, bez zbędnego użalanie się nade mną. Z drugiej strony czułam w tych kontaktach sporo czułości, troski, empatii. Kumpel-facet przyjedzie o drugiej w nocy z drugiego końca Polski, jeśli wyrazisz taką potrzebę. Kumpel-facet pójdzie z tobą na wesele, będzie twoim kierowcą i nawet słówkiem nie piśnie, że też lubi wódkę...
Nie będę jednak roztkliwiać się nad zaletami przyjaźni damsko-męskiej, bo właśnie jestem na etapie zastanawiania się, czy takowa w ogóle w przyrodzie występuje. Nie bez powodu użyłam czasu przeszłego w pierwszym zdaniu niniejszego tekstu.
MIAŁAM przyjaciół płci męskiej. Dwóch fajnych, wesołych, zabawnych, bystrych, miłych i strasznie kochanych kumpli. Dzisiaj pozostało mi po nich kilka sms-ów i zabawnych zdjęć z wakacji. Przyjaźń z nimi skończyła się, gdy ja zaczęłam nowy etap swojego życia, a na mojej drodze stanął mój obecny partner. Uprzedzam zgryźliwych, to nie ja ich olałam i wcale nie miałam dla nich mniej czasu. Dalej do nich dzwoniłam, wysyłałam maile, próbowałam wyciągnąć do kina, próbowałam w ogóle pogadać. Ale między nami była już ściana. A właściwie był wielki foch. Jeden z nich powiedział mi wprost: jestem zdziwiony tymi wszystkimi związkowymi nowinami. I przestał się odzywać. Nie pytali, czy jestem szczęśliwa, nie chcieli poznać mojego faceta, nie chcieli ze mną rozmawiać w ogóle, bo znalazłam sobie faceta.
Kiedy powiedziałam o tym ostatnio mojej koleżance, uśmiechnęła się leciutko i zasugerowała, że oni raczej widzieli się w roli mojego faceta, aniżeli przyjaciela. Dzisiaj wiem, że chyba faktycznie tak było. Wiem też, że oni czują się oszukani, może nawet wykorzystani, ale ja czuję się dokładnie tak samo. Przyjaźniliśmy się przecież! Przyjaciel cieszy się, gdy jego najlepszy kumpel zaczyna układać sobie życie, martwi się, czy aby na pewno jest szczęśliwy, chce poznać wybranka swojego kolegi. Ba! Powinien chcieć też się z tym partnerem polubić. Moi eks przyjaciele faceci zostawili mnie. Odcięli się z dnia na dzień.
Tak, mam im to za złe. Oszukiwali mnie. Czy czuję się winna? Nie, bo ja nie dawałam im sygnałów, że może kiedyś wyrośnie z tego coś więcej, jakieś piękne uczucie. Mieliśmy się tylko kumplować i miało być pięknie. Zamiast tego oni zachowali się, jak baby.
Holigoli
Dobra rada od cioci Holigoli!
Jeśli ktoś Ci się podoba, powiedz mu o tym. Nie zaczynaj przyjaźni, wiedząc, że w następstwie będziesz od tej osoby oczekiwać czegoś więcej. To nie jest uczciwe.
Raszpla (łac. raszplus) - kobieta o urodzie trudnej do pominięcia, nie zawsze ładna, zawsze oryginalna.
poniedziałek, 5 listopada 2012
poniedziałek, 29 października 2012
Dobrze czasem dostać kopniaka
Z perspektywy miesięcy jestem w stanie wypowiedzieć całkiem
szczerze takie zdanie. Dobrze jest dostać kopniaka w dupę, nawet jeśli
początkowo zawalił ci się świat. Jeszcze kilka tygodni temu myślałam zupełnie
inaczej. Trudno pogodzić się z tym, że ktoś potraktował cię jak gówno. Nie boję się tego
słowa. Tak niestety się czułam. Praca, której oddałam wiele, zakończyła się w
ciągu kilku sekund. „Nigdy nie zostawiłbym pracownika z dnia na dzień bez pracy”
słyszałam nie raz z ust byłego pracodawcy.
Cóż, widocznie zmienił zdanie.
Myślisz sobie, to jest to zajęcie, dla której warto się
poświęcać, chociaż kasa jest marna i nigdy nie usłyszysz dobrego słowa… Błąd! Oczywiście należy lubić swoją pracę, ale ważny jest też szacunek - dla pracownika, dla wykonywanej przez ciebie pracy, dla samego siebie. Teraz widzę wszystko jaśniej. Przychodzi mi na myśl, że nie warto tkwić w jednym miejscu tylko
ze względu na przyzwyczajenie i lęk przez nieznanym.
W całej tej historii dochodzę do jednego wniosku: ludzie, to oni są najważniejsi w naszym życiu
i to właśnie ze względu na nich mój wysiłek coś znaczył. Nie obyło się bez
tłumu fałszywych drani, ale warto się z nimi zetknąć, by znaleźć parę
wartościowych osób, które są wsparciem przez lata. A może i do końca życia. Bez
nich nie dałabym rady.
Długo zbierałam się, żeby to wszystko powiedzieć głośno. Dziś potrafię dostrzec wiele pozytywów i skupić się tylko na
nich. I nie chodzi jedynie o przyjaciół, ale o każdą sympatyczną postać, która
pojawiła się w moim życiu dzięki poprzedniemu zajęciu, która patrzy z
szacunkiem bez względu na wykonywaną pracę. To miłe, że nadal dzwonią, pytają
co się dzieje i życzą udanego startu na nowej drodze. To podbudowuje. To daje
siłę, by podążać dalej obraną ścieżką. I właśnie to zamierzam zrobić. Po
deszczu zawsze wychodzi słońce. Dostrzegam je J
Holidej
niedziela, 28 października 2012
Singielka w związku
Problem mojego związku polega na tym, że jestem singlem. Prawdopodobnie taka już się urodziłam. Dotąd mi to nie przeszkadzało. Prawdopodobnie dlatego, że moje związki nie trwały dłużej niż dwa miesiące. Na tyle wystarczało mnie i facetom, z którymi się spotykałam sił i energii, żeby utrzymywać związek. Bo, tak na marginesie, jeśli jedna osoba dąży do życia w pojedynkę, to trudno mówić tutaj o budowaniu jakiegokolwiek związku. Można mówić co najwyżej o bardzo przelotnym flircie.
Tym razem jednak trafiłam na faceta, któremu zależy. To jest takie "zależy" pisane z wielkiej litery, bo jemu zależy bardzo. Niesamowity jest w pokazywaniu tego, jak bardzo mu zależy. Gdy zaczynam swoją tyradę zatytułowaną "Musimy się rozstać, bo ja się duszę w związku", on ze stoickim spokojem prezentuje mi wszystkie zalety bycia w związku. Ja tego potrzebuję, bo jestem typem człowieka, który robi analizę SWOT podczas każdej, życiowej decyzji. On, ten mój dobry facet, jako pierwszy zaczął szanować moją wolność. Daje mi jej tyle, ile potrzebuję. Czasami, kiedy jestem już naprawdę zdesperowana i naprawdę czuję potrzebę, żeby od niego odejść, on mi na to pozwala. Mówi: "no dobrze, rozstańmy się". Rozstajemy się i pierwsze chwile są cudowne, bo ja wracam do spełniania wszystkich singielskich postanowień. Bardzo szybko przychodzą jednak chwile dramatyczne, pełne czerni, w których uświadamiam sobie, że mam swoją wolność, ale nie mam jego. Mój facet pozwala mi do siebie wracać. Czeka na mnie i śmieje się, że wiedział, że wrócę. Nie wypomina mi tych chwil. Akceptuje je, bo wie, że to część mnie. Te wahania nastroju nie wynikają z tego, że ja go nie kocham. One powstają na myśl, że będę w tym związku do końca życia, że nic się nie zmieni, że w tej sferze życia osiągnę constans.
Po co to piszę? Bo myślę, mam ogromną nadzieję, że jest na świecie jeszcze jedna osoba, która ma tak samo i też jest singlem w związku. Chciałabym móc powiedzieć mojemu facetowi: "no widzisz, mnóstwo kobiet ma ten problem". Chciałabym też, żeby kobietom, które mają ten problem udało się trafić na takiego faceta, jak mój.
Holigoli
czwartek, 25 października 2012
Śnieżka i fighterka, ad. do depresji Holigoli
Tik tak, tik tak – gasiłam
światło w pokoju, a zegar zasuwał i robił się ranek zanim zamknęłam oczy.
Próbowałam zasnąć i nie myśleć o tym, że jutro znowu coś MUSZĘ. Wstawałam
zmęczona jakbym przebiegła maraton. „Rzygałam” na samą myśl o tym, że mam
wykaraskać się z łóżka i iść do pracy, która nie tak dawno przecież była moją
pasją. Próbowałam nawet coś robić, ale jechałam na oparach paliwa. Zawalałam
terminy, spotkania. I miałam to centralnie w dupie. Miewałam już wcześniej
mniejsze i większe problemy tzw. „doliny”. I żeby było jasne nie jestem osobą,
która przejmuje się drobiazgami, albo wymyśla trudności. Pojawiły się same i
był ich ogrom. Nie dałam rady tym razem. Wiedziałam, że jest bardzo nie tak, że
za chwilę nie wytrzymam stanu ciągłego zmęczenia. Stwierdziłam, że trzeba się
podnieść i może iść do „lekarza od czubków”, zwanego psychologiem. Poradziłam
się koleżanki, która też skorzystała z takiej pomocy. Niby kobieta była miła,
wysłuchała, doradziła, a nawet coś przepisała. Z koleżanką było lepiej.
Umówiłam wizytę – refundowaną. Termin wyznaczono za kilka tygodni, na wydawanie
kilku stów prywatnie nie mogłam sobie pozwolić. Myślałam, że nie dotrwam,
odliczałam dni.
W końcu nadszedł ten dzień,
cholernie mroźny. Przychodnia w kolorze szaro-burym w miejscu, gdzie kiedyś był
duży zakład w PRL-u. Wielki, długi korytarz, dziesiątki ludzi czekających do
lekarzy do wszystkiego. Odczekałam swoje i weszłam do pokoju przypominającego
salę tortur z horroru klasy C. Za małym biurkiem siedziała mała istotka w
okularach na nosie. Miałam takie ciśnienie, że wyrzuciłam z siebie wszystko
jednym tchem, myśląc, że poczuję ulgę, przecież ona mi pomoże. A tu...się
okazało, że...
Pani psycholog miała gotową
formułkę. Skąd wiem? Bo tę samą powiedziała mojej koleżance, mającej zupełnie
inne problemy. Potem usłyszałam słowa, które hmm były tak groteskowe, że
myślałam, że pani psycholog sobie robi zwyczajne jaja. Miałam zwizualizować
swoje problemy, a potem wyjść na śnieg i rzucić w nie kulką. Nie, to nie jest
żart. Poczułam jakbym dostała obuchem w głowę. Że k... co? Żyć mi się nie chce
kobieto, a ty mi tu mówisz o śnieżkach... Wyszłam i ryczałam. Czułam się
beznadziejnie, co dziwnym nie jest. Kiedy o tym wszystkim myślałam, zachciało
mi się śmiać, (jestem fanką czarnego humoru). Stwierdziłam, że jeżeli nie wezmę
się w garść, to nie pomoże mi nikt. Brutalnie, ale skutecznie. Ciężko
pracowałam na wszystko, co miałam i nie mogłam tego stracić. I z czasem udało
mi się podnieść.
Nie wiem, czy to była depresja,
czy głęboka „dolina”. Nigdy więcej nie było mi tak źle. Jestem fighterką i
dałam radę sama. Musiałam. Teraz wiem, że poradzę sobie ze wszystkim. Pierwszy
raz w życiu jest mi dobrze ze sobą.
Peszek nagrała płytę. OK. W
programie u Kuby Wojewódzkiego powiedziała, że to nie była depresja, a
załamanie nerwowe. Szczerze, czy dla ludzi, którzy czują, że „nie ogarniają”,
ma to takie znaczenie? Po prostu jest bardzo źle. Zresztą, płyty posłuchają
kobiety w dużych miastach, pewna jakaś „grupa docelowa”. Moja starsza sąsiadka,
której zmarł mąż pójdzie do „tej” pani psycholog, bo nie ma wyjścia. Potem
stwierdzi, że lepiej wyjść na spacer z psem.
Alcatraz
poniedziałek, 22 października 2012
Peszek przypomniała mi o depresji
Peszek swoją nową płytą (znakomitą i do bólu szczerą) przypomniała mi o mojej depresji. O tym, jak przychodziłam z pracy, kładłam się na łóżku, patrzyłam na puste miejsce po obrazku na ścianie i zmawiałam pośpiesznie pacierze, żeby się już nie obudzić. To trwało cztery miesiące. Miałam dwadzieścia jeden lat.
Gdy mówiłam o tym bliskim, w odpowiedzi słyszałam, że mam się ogarnąć. Ogarniałam się w stopniu minimalnym. Myłam zęby, jadłam coś-tam, czesałam włosy w ciasno spięty kucyk, nosiłam ciepłe swetry i dwie pary jeansów na zmianę. Życie składało się z obrzydliwych poranków, długich, popołudniowych zmierzchów i zbyt krótko trwających nocy. Patrzyłam w oczy osób, które kochałam i widziałam w nich swoje smutne, poszarzałe oblicze. Nie pomagało słuchanie o tym, że inni mają gorzej. Wtedy ja miałam najgorzej na świecie. Tak przynajmniej myślałam i tak chciałam myśleć.
Nie pamiętam momentu zwrotnego. Po prostu się skończyło. Chyba miałam farta, że skończyło się dobrze i szczęśliwie. Że nie miałam odwagi użyć czterech, skrupulatnie przechowywanych opakowań środków przeciwbólowych. Że nie miałam siły wejść do zimnej rzeki i już z niej nie wychodzić.
Nie pomógł mi wtedy nikt. Rodzina nie rozumiała, myśleli, że histeryzuję na swoim punkcie. Znajomych nie było, odpuściłam ich sobie wtedy, a oni mnie nie szukali. Faceta nie miałam, nie potrzebowała balastu napompowanego testosteronem. W pracy udawałam, że jest dobrze i że dręczy mnie przewlekłe niewyspanie. Nie znałam instytucji, organizacji, ludzi, do których mogłabym się zgłosić ze swoim problemem.
Jakoś dziwnie, ale mój problem zniknął sam. Drugi raz się nie powtórzył. Ale w każdej chwili może. A ja nie jestem pewna, czy teraz byłabym na to przygotowana, bo nadal nie umiem o tym rozmawiać. Potrzeba nam takich ludzi, jak Peszek, którzy nauczą nas o tym rozmawiać i przełamią tabu.
Holigoli
Źródło: youtube.com
Gdy mówiłam o tym bliskim, w odpowiedzi słyszałam, że mam się ogarnąć. Ogarniałam się w stopniu minimalnym. Myłam zęby, jadłam coś-tam, czesałam włosy w ciasno spięty kucyk, nosiłam ciepłe swetry i dwie pary jeansów na zmianę. Życie składało się z obrzydliwych poranków, długich, popołudniowych zmierzchów i zbyt krótko trwających nocy. Patrzyłam w oczy osób, które kochałam i widziałam w nich swoje smutne, poszarzałe oblicze. Nie pomagało słuchanie o tym, że inni mają gorzej. Wtedy ja miałam najgorzej na świecie. Tak przynajmniej myślałam i tak chciałam myśleć.
Nie pamiętam momentu zwrotnego. Po prostu się skończyło. Chyba miałam farta, że skończyło się dobrze i szczęśliwie. Że nie miałam odwagi użyć czterech, skrupulatnie przechowywanych opakowań środków przeciwbólowych. Że nie miałam siły wejść do zimnej rzeki i już z niej nie wychodzić.
Nie pomógł mi wtedy nikt. Rodzina nie rozumiała, myśleli, że histeryzuję na swoim punkcie. Znajomych nie było, odpuściłam ich sobie wtedy, a oni mnie nie szukali. Faceta nie miałam, nie potrzebowała balastu napompowanego testosteronem. W pracy udawałam, że jest dobrze i że dręczy mnie przewlekłe niewyspanie. Nie znałam instytucji, organizacji, ludzi, do których mogłabym się zgłosić ze swoim problemem.
Jakoś dziwnie, ale mój problem zniknął sam. Drugi raz się nie powtórzył. Ale w każdej chwili może. A ja nie jestem pewna, czy teraz byłabym na to przygotowana, bo nadal nie umiem o tym rozmawiać. Potrzeba nam takich ludzi, jak Peszek, którzy nauczą nas o tym rozmawiać i przełamią tabu.
Holigoli
Źródło: youtube.com
sobota, 29 września 2012
Każdy zna taką Darię, czyli ważne urodziny
Nie miałam siostry. Przynajmniej takiej biologicznej. Zamiast tego po ponad dwudziestu latach życia na mojej drodze stanęła Daria. Najlepsza, starsza siostra, jaką mogłam sobie wymarzyć. Od razu ją pokochałam, bo była niesamowicie pochrzaniona. Potargana, trochę punkrockowa, ale z duszą starego rock'n'rollowca. Przyszła do mojej pracy i zastrzeliła mnie swoją bystrością, ciętą ripostą, uporem i wytrwałością. W pierwszej chwili Darii możesz się trochę bać, bo to nie jest typ "jestem milusia i słodka". Jest to jednak jedna z najlepszych kobiet, jakie chodziły po tej ziemi. To ona, co piątek pogina w szpilkach pomagać babci, która nawet jej babcią nie jest. To ona przygarnęła bitego przez rodzinę z cyklu "patola" psa, który przy niej jest najszczęśliwszym zwierzakiem na świecie. To ona pomaga bezdomnym, odwiedza ich w ich niefajnie pachnących melinach. To ona dźwiga zimą koc i 10 kilogramów karmy dla psów ze schroniska. I to ona, gdy mam jakikolwiek problem potrafi wysłuchać, a potem nastrzelać mi i potrząsnąć mną tak jak trzeba, bo ona wie, jak wyciąga się człowieka z doliny. Bo ona z tej doliny też wiele razy musiała wychodzić. Sama. Bo życie Darii nie było jakimiś rurkami z kremem. Pewnie dlatego dziś jest to jedna z najsilniejszych dwudziestoparolatek, jakie znam. Dziś, jest to też kobieta, która zaczyna wychodzić na prostą. Bo ja wiem, że tak jest. To dobrze, bo nikomu się nie należy trochę szczęścia, tak jak jej się to należy. To ona wygląda dzisiaj jak milion zielonych dolarów, grając przy okazji na nosie wszystkim swoim zatęchłym eks i nie za bardzo udanym koleżkom. Móc ją poznać, przebywać z nią, pracować, jeździć na koncerty, pić piwo, śpiewać, tańczyć w pustym lokalu w sylwestrową noc, to dla mnie ogromny zaszczyt i wyróżnienie. Życzę wszystkim, żeby mogli kiedyś poznać kogoś takiego, jak Daria. A ja mojej Darii życzę sto lat! Jeśli jeszcze jest coś nie tak, jak być powinno, to wiedz, że to się zmieni i ułoży. Ty to zmienisz i ułożysz, bo potrafisz. Cieszę się i jaram Twoim szczęściem, jakby to było moje szczęście. W pewnym sensie jest. Jesteś w końcu moją siostrą. Mądrą, śliczną i zabawną.
wtorek, 25 września 2012
Amatorki zakupów, łączcie się!
Dobrze, może przesadziłam, to brzmi trochę jak manifest
komunistyczny… To może inaczej. Szukam zrozumienia. Czy zakupoholizm i czerpanie
przyjemności z nowej pary butów to nie dwie zupełnie różne kwestie? Fakt, zakupy
sprawiają mi ogromną przyjemność, ale nie oznacza to, że jestem zakupoholiczką...
![]() |
| fot. google.pl |
Czas nazwać rzeczy po imieniu: zakupoholizm to choroba! Z definicji objawia
się nieustanną potrzebą kupowania, bardzo często tych rzeczy, których wcale nie
potrzebujemy. Jak wyczytałam w jednej mądrej książce, niemożliwości dokonania zakupu towarzyszy rozżalenie i
nieopanowane wybuchy złości. Utrudniająca życie mania zakupów sprawia, że chory
nawet kilka razy dziennie odwiedza butiki i kupuje zupełnie niepotrzebne fanty,
doprowadzając siebie i bliskich do finansowej ruiny.
Oczywiście, alkoholik nie przyzna, że pije za dużo, a dla
palacza jeden papieros więcej nie oznacza tragedii, jednak od amatorki zakupów
do zakupoholiczki, u której występują wspomniane objawy jeszcze daleka droga. Nowe ciuchy i buty nie są - rzecz jasna - najważniejsze i to absolutnie nie podlega dyskusji, jednak której z nas nie sprawia przyjemności kupno nowej sukienki, pary czerwonych szpilek, czy owocowego balsamu do ciała. Raj dla ciała i duszy. Dlaczego mamy rezygnować z małych przyjemności? Kobieta, wbrew dawnym przyzwyczajeniom ma własne zarobki, własne oszczędności i ochotę na spełnianie własnych drobnych zachcianek.
- Widziałam tę bluzkę na wystawie i musiałam ją kupić, mówiła „weź mnie” – usłyszałam w rozmowie z przyjaciółką i pomyślałam, że często zdarza mi się słyszeć owe „weź mnie”, ale to dobry objaw, bo zazwyczaj właśnie rzeczy kupione w ten sposób są naszymi ulubionymi. Tak więc z umiarem, ale i z myślą o sobie. Co prawda jest nam trudniej, kiedy każdego dnia narażone na kuszenie sklepowych witryn wypełniamy nadany nam przez mężczyzn „kobiecy” obowiązek codziennych zakupów. Ale jeżeli kiedykolwiek któryś z panów poczęstuje nas uwagą w stylu „Po co ci kolejna para butów? Znów kupiłaś nowe spodnie, przecież tamte są jeszcze dobre…” zawsze możemy powołać się na swoją słabą kobiecą wolę i nasz zakupowy obowiązek może stać się totalnie męskim obowiązkiem.
Holidej
sobota, 22 września 2012
Spieprzaj dziadu
Cytuję tu „klasyka” nie żeby pisać o polityce. Robię to, bo
wczoraj, gdy zajrzałam na pewien portal, zobaczyłam wiadomość od mojego X. I
krew mnie zalała, znowu. Zachodzę w głowę, dlaczego człowiek, z którym spędziło
się ładnych parę lat, a który potem nie umiał się nawet kulturalnie rozstać, po
raz kolejny się do mnie odezwał. Why me? Odezwał się mimo tego, że wcześniej
został zasłużenie spoliczkowany i sponiewierany. Okazał się po prostu męską
gnidą. Ileż to razy w myślach obmyślałam dla niego różnorakie tortury – nie
obyło się bez wizji ze wkłuwaniem zardzewiałego widelca w jądra i przekręcaniem
go w różne strony. A X nadal pisze, zaczepia ....
Przygotowałam więc kilka zasad, dla męskich debili, którzy
nie rozumieją, gdy mówimy „umieraj stąd”.
Drogi półmózgu, który skrzywdziłeś kobietę (W sumie masz dwa
„mózgi”, ale żaden nie działa poprawnie)
1 Kiedy wymierzamy ci „policzek”, lub nawet wiele, to nie
dlatego, że kręci nas SM lub chcemy pozbyć się tzw. „motylków”.
2 Kiedy blokujemy cię na komunikatorze internetowym, uwierz,
to naprawdę nie dlatego, że przez przypadek robiąc manicure nad klawiaturą,
wcisnęłyśmy guzik „zablokuj kontakt”.
3 Kiedy mając dość twoich gierek i kłamstw, mamy naprawdę
dość i mówimy „wypieprzaj z mojego życia”, nie gramy niedostępnych, to nie
telenowela do cholery. Masz iść gdzie pieprz rośnie! Tyle w temacie.
4 Kiedy zmieniamy numer telefonu, to nie dlatego, że inna
sieć akurat miała bajerancki model po super okazyjnej cenie. I tak nowego
numeru nie zdobędziesz, idioto.
5 Nie pisz błagalnych maili w środku nocy, że życie ci się
nie udało, kobieta zostawiła, świat jest be, a ty taki samotny – ja w tym
czasie uprawiam dziki seks z moim nowym, fajnym facetem, albo obżeram się
lodami, albo i jedno i drugie. Wal się. Czy po punktach od 1 do 4, naprawdę nie
wierz, że obchodzisz mnie tyle, co krosta na tyłku mojej nauczycielki z
pierwszej klasy podstawówki?
6 Kiedy mnie widzisz na ulicy, nie mierz mnie od góry do
dołu i nie uśmiechaj się jak zboczeniec stojący w parku w płaszczu i
skarpetkach. Może ty myślisz i czujesz penisem. Ja mam serce.
piątek, 21 września 2012
Czasami, jak dziwka
Kiedy mój facet martwi się, że jest strasznym pantoflarzem i że kumple się będą z niego nabijać, jak jeszcze raz pójdzie ze mną na melodramat do kina, tłumaczę mu ze stoickim spokojem "Kochanie, każdy prawdziwy mężczyzna jest w pewnym stopniu pantoflarzem, tak samo, jak każda prawdziwa kobieta jest trochę dziwką". On wtedy uspokaja się. Patrzy na mnie z uwielbieniem i wiem, że czeka, aż przepotworzę się w dziwkę. Jego osobistą dziwkę, oczywiście. Bo o żadnym puszczaniu się na boki nie ma mowy.
Tak naprawdę, ja nie czuję się ani trochę dziwką. Nie czuję też, żeby mój partner był pantoflarzem. Wiem jednak, że faceta można urobić słowem, jak plastelinową figurkę palcami.
Bo jak mówię facetowi, że czuję się dziś wyjątkowo ładna, on widzi we mnie miss universe. Ale jak mu powiem, że odkładam kasę na operację nosa, to jest prawie pewne, że pewnej nocy on powie mi do uszka "może ta operacja, to nie jest taki głupi pomysł...". Jak powiem facetowi, że nasza wspólna koleżanka Magda ma nogi do sufitu, przy następnej okazji, on zeskanuje oczami nogi rzeczonej Magdy, zanim ona pojawi się dobrze w drzwiach. Jeśli mu wyznam, że mam cellulit na nogach, na urodziny dostanę krem antycellulitowy.
Zasada jest prosta - facet nie widzi, dopóki nie zostanie mu powiedziane. Kobiety dziwią się, że faceci żyją wśród porozrzucanych skarpetek. Żyją, bo o nich nie wiedzą. Trzeba im powiedzieć "skarpetki zostały porozrzucane". Wówczas facet rozgląda się dookoła i stwierdza "skarpetki są rozrzucone". I ewentualnie je zbiera.
Facet nie rozumie, co dzieje się w głowie kobiety. To jest dla niego temat niepojęty. On nie wie, co ona przeżywa, gdy on siedzi do rana z kumplami w knajpie i nie odbiera telefonu. A kobieta myśli w ten sposób: on siedzi w knajpie -> nie ma czasu odebrać -> dobrze się bawi -> poznał kogoś -> pewnie jakąś kobietę -> pewnie jest ładniejsza ode mnie -> i chudsza! -> gadają sobie -> on patrzy jej w cycki -> pewnie ma duże cycki -> tak jak Ewa -> ciekawe, czy Ewa zrobiła sobie tę operację powiększenia -> dlaczego on nie odbiera? -> zjadłabym ciastko -> on na bank mnie właśnie zdradza -> w lodówce są lody czekoladowe -> pewnie poszli do niej -> jeśli mnie zdradza, mam nadzieję, że ona ma kiłę -> litr lodów może nie wystarczyć -> mogłam go nie puścić do tej knajpy -> zadzwonię do mamy -> jutro rano lepiej -> zadzwonię do niego -> lody z chipsami smakują dziwnie, ale dobrze -> dalej nie odbiera -> to koniec z nami -> mama mówiła, że on nie jest mnie wart -> zacznę wszystko od początku -> zapiszę się na boks -> a jutro pójdę biegać -> dlaczego on mi to zrobił?! -> było nam razem tak dobrze -> nienawidzę go -> już za nim tęsknię!!! -> zadzwonię ostatni raz -> nie mogę znaleźć telefonu -> chcę mi się spać...
Kobiety dużo myślą. Faceci tego nie rozumieją. Mój facet też nie. Jak skaczę z tematu sosu bolońskiego na sytuację w Sudanie, ma grymas na twarzy, jakbym go lała. On wie, że ja nim manipuluję i potrafię wmówić mu takie rzeczy, że sam Panbóg by tego nie ogarnął. Ja wiem, że dzięki temu mam nad nim władzę. To uczucie sprawia, że czasami, tylko czasami czuję się podle. Niemal, jak dziwka.
Holigoli
Tak naprawdę, ja nie czuję się ani trochę dziwką. Nie czuję też, żeby mój partner był pantoflarzem. Wiem jednak, że faceta można urobić słowem, jak plastelinową figurkę palcami.
Bo jak mówię facetowi, że czuję się dziś wyjątkowo ładna, on widzi we mnie miss universe. Ale jak mu powiem, że odkładam kasę na operację nosa, to jest prawie pewne, że pewnej nocy on powie mi do uszka "może ta operacja, to nie jest taki głupi pomysł...". Jak powiem facetowi, że nasza wspólna koleżanka Magda ma nogi do sufitu, przy następnej okazji, on zeskanuje oczami nogi rzeczonej Magdy, zanim ona pojawi się dobrze w drzwiach. Jeśli mu wyznam, że mam cellulit na nogach, na urodziny dostanę krem antycellulitowy.
Zasada jest prosta - facet nie widzi, dopóki nie zostanie mu powiedziane. Kobiety dziwią się, że faceci żyją wśród porozrzucanych skarpetek. Żyją, bo o nich nie wiedzą. Trzeba im powiedzieć "skarpetki zostały porozrzucane". Wówczas facet rozgląda się dookoła i stwierdza "skarpetki są rozrzucone". I ewentualnie je zbiera.
Facet nie rozumie, co dzieje się w głowie kobiety. To jest dla niego temat niepojęty. On nie wie, co ona przeżywa, gdy on siedzi do rana z kumplami w knajpie i nie odbiera telefonu. A kobieta myśli w ten sposób: on siedzi w knajpie -> nie ma czasu odebrać -> dobrze się bawi -> poznał kogoś -> pewnie jakąś kobietę -> pewnie jest ładniejsza ode mnie -> i chudsza! -> gadają sobie -> on patrzy jej w cycki -> pewnie ma duże cycki -> tak jak Ewa -> ciekawe, czy Ewa zrobiła sobie tę operację powiększenia -> dlaczego on nie odbiera? -> zjadłabym ciastko -> on na bank mnie właśnie zdradza -> w lodówce są lody czekoladowe -> pewnie poszli do niej -> jeśli mnie zdradza, mam nadzieję, że ona ma kiłę -> litr lodów może nie wystarczyć -> mogłam go nie puścić do tej knajpy -> zadzwonię do mamy -> jutro rano lepiej -> zadzwonię do niego -> lody z chipsami smakują dziwnie, ale dobrze -> dalej nie odbiera -> to koniec z nami -> mama mówiła, że on nie jest mnie wart -> zacznę wszystko od początku -> zapiszę się na boks -> a jutro pójdę biegać -> dlaczego on mi to zrobił?! -> było nam razem tak dobrze -> nienawidzę go -> już za nim tęsknię!!! -> zadzwonię ostatni raz -> nie mogę znaleźć telefonu -> chcę mi się spać...
Kobiety dużo myślą. Faceci tego nie rozumieją. Mój facet też nie. Jak skaczę z tematu sosu bolońskiego na sytuację w Sudanie, ma grymas na twarzy, jakbym go lała. On wie, że ja nim manipuluję i potrafię wmówić mu takie rzeczy, że sam Panbóg by tego nie ogarnął. Ja wiem, że dzięki temu mam nad nim władzę. To uczucie sprawia, że czasami, tylko czasami czuję się podle. Niemal, jak dziwka.
Holigoli
niedziela, 26 sierpnia 2012
Do Rudej!
Ten post nie będzie odezwą do narodu, nie będzie też żadnym podsumowaniem, ani analizą. Będzie postem, którego wyrzucam z siebie od tygodnia. W całości dedykuję go Rudej.
Z Rudą pracowałam dwa lata. Jest ode mnie młodsza, więc szybko się przyjęło, że traktowałyśmy się na zasadach ona - młodsza siostra, ja - starsza siostra. Ze względu na moją rolę w tej relacji, często dawałam jej popalić, żeby wiedziała, jak życie potrafi dać w kość. Dzisiaj tego żałuję, bo powinnam była otaczać ją troską i opieką. Jak na starszą siostrę przystało. Mimo mojej postawy kata, Ruda dawała radę. Łapała wiele rzeczy w mig. Była bystra i miała poczucie humoru, a to się w ludziach ceni. Potrafiła się odgryźć na moją złośliwość wymierzoną w nią po raz enty tego samego dnia. Ale potrafiła też pocieszyć mnie, gdy po raz setny przekombinowałam z jakimś facetem, który miał być tym wymarzonym. Choć była ruda, a rudym się z zasady nie ufa, to ja mojej Rudej zaufać mogłam.
I co ważne, a o czym często kobiety nie mówią, to z Rudą się dobrze wódkę piło. Co prawda po wódce jej się odzywały zapędy biseksualne i zdarzało jej się zaczynać mnie całować, ale i tak była całkiem spoko. Teraz żałuję, że tak mało tej wódki wypiłyśmy. W ogóle żałuję, że tak mało razem zrobiłyśmy, ale mam nadzieję, że jeszcze zrobimy.
Dziś, jak siedzę w pracy, to czasem łapię się na tym, że odwracam się w kierunku biurka Rudej i chcę jej powiedzieć coś zabawnego albo zapytać o coś ważnego. Chwilę później orientuję się, że Rudej przy tym biurku nie ma. Mina mi szybko rzednie.
Jeśli kiedyś miałabym szukać sobie współpracowników, to na mojej krótkiej liście możliwych kandydatów znalazłaby się Ruda. Bo jest niesamowita.
Holigoli
P.S. Ruda, pamiętaj - coś się kończy, coś zaczyna. Jak mawiał Grohl, perkusista Nirvany, podczas zmian nie można zaglądać w lusterko wsteczne. Trzeba po prostu jechać do przodu.
Z Rudą pracowałam dwa lata. Jest ode mnie młodsza, więc szybko się przyjęło, że traktowałyśmy się na zasadach ona - młodsza siostra, ja - starsza siostra. Ze względu na moją rolę w tej relacji, często dawałam jej popalić, żeby wiedziała, jak życie potrafi dać w kość. Dzisiaj tego żałuję, bo powinnam była otaczać ją troską i opieką. Jak na starszą siostrę przystało. Mimo mojej postawy kata, Ruda dawała radę. Łapała wiele rzeczy w mig. Była bystra i miała poczucie humoru, a to się w ludziach ceni. Potrafiła się odgryźć na moją złośliwość wymierzoną w nią po raz enty tego samego dnia. Ale potrafiła też pocieszyć mnie, gdy po raz setny przekombinowałam z jakimś facetem, który miał być tym wymarzonym. Choć była ruda, a rudym się z zasady nie ufa, to ja mojej Rudej zaufać mogłam.
I co ważne, a o czym często kobiety nie mówią, to z Rudą się dobrze wódkę piło. Co prawda po wódce jej się odzywały zapędy biseksualne i zdarzało jej się zaczynać mnie całować, ale i tak była całkiem spoko. Teraz żałuję, że tak mało tej wódki wypiłyśmy. W ogóle żałuję, że tak mało razem zrobiłyśmy, ale mam nadzieję, że jeszcze zrobimy.
Dziś, jak siedzę w pracy, to czasem łapię się na tym, że odwracam się w kierunku biurka Rudej i chcę jej powiedzieć coś zabawnego albo zapytać o coś ważnego. Chwilę później orientuję się, że Rudej przy tym biurku nie ma. Mina mi szybko rzednie.
Jeśli kiedyś miałabym szukać sobie współpracowników, to na mojej krótkiej liście możliwych kandydatów znalazłaby się Ruda. Bo jest niesamowita.
Holigoli
P.S. Ruda, pamiętaj - coś się kończy, coś zaczyna. Jak mawiał Grohl, perkusista Nirvany, podczas zmian nie można zaglądać w lusterko wsteczne. Trzeba po prostu jechać do przodu.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Syndrom Bridget Jones
Miałaś
w życiu taki moment, kiedy wydawało ci się, że twoja codzienność to stek wpadek
i krępujących sytuacji? Przykładów nie trzeba szukać daleko. Życie dostarcza
nam ich mnóstwo i to każdego dnia. Konkret? Rozmawiasz o znajomej, która nie
należy do grona tych ulubionych… ok, nazwijmy rzeczy po imieniu - obgadujesz
znajomą, za którą nie przepadasz, jednak (zaznaczmy) spotykasz ją na co dzień i
musisz zachować relacje co najmniej przyzwoite, gdy okazuje się, że wspomniana
znajoma stoi za twoimi plecami właśnie w momencie, w którym zaczynasz o niej
mówić. Idźmy dalej. Umawiasz się z nowo poznanym facetem, chcesz być śliczna i
wkładasz obcisłą sukienkę, chociaż wiesz, że już dawno znalazła się na liście
rzeczy do założenia po zastosowaniu kilkudniowej diety. Siadasz, aż tu nagle -
w najmniej spodziewanej chwili - sukienka pęka w szwach... Ile razy potknęłaś
się w sali pełnej ludzi, kiedy oczy wielu skierowane były właśnie na ciebie? Ile
razy poplamiłaś się podczas służbowej kolacji? Ile razy niezdarnie zahaczyłaś
rajstopy i paradowałaś z wielką dziurą na kolanie, łydce, udzie… Nigdy nie
zapomnę, jak zmywałam ptasie odchody z włosów koleżanki, która za minutę miała
poprowadzić uroczystość, najważniejszą w swojej dotychczasowej karierze. Zażenowanie,
wstyd, upokorzenie, rozpacz. Właśnie to się wtedy czuje. Sama dobrze o tym
wiem. Masz ochotę zapaść się pod ziemię. Ale mija tydzień – w najgorszym
wypadku kilka miesięcy – i śmiejesz się do rozpuku z pękniętej sukienki, o
której wspominasz z mężczyzną, który okazał się tym jedynym, śmiejesz się z
plam na ubraniu, wszystkich potknięć, nawet z ptasiej kupy na włosach, czy z
tego, że idąc ulicą zamyśliłaś się i uderzyłaś w znak – to z mojej prywatnej
kolekcji niezdarności. Powiem tylko, że
nie warto z tym walczyć. Recepta jest jedna: ucz się śmiać, zachowaj
dystans do samej siebie. Syndrom Bridget Jones będzie ci towarzyszył przez całe życie. Tak, Bridget, postaci o prawdopodobnie największej liczbie życiowych wpadek, ale postaci kolorowej, wyjątkowej i pogodnej, która bez względu na wszystko kroczyła dumnie, zawsze z podniesioną głową.
Holidej
Holidej
niedziela, 12 sierpnia 2012
Rzygam tą mentalnością
Kiedyś usłyszałam, że ponoć kobiety trzeba podzielić na dwa
gatunki, te które na ulicy oglądają się za dzieciakami i te, które za psiakami.
Nigdy nie należałam do tych, które roztkliwiały się nad każdym berbeciem, nad
kształtem oczka, pulchną rączką, kręconymi włoskami. Dziecko to dziecko, po
prostu sobie jest. Nie miałam i nadal nie mam potrzeby udawania cioci, gdy ktoś
wleci do pracy z „maludą” i zajmowania jej czymkolwiek.
Już słyszę, te głosy jaka jestem wyrodna, nie mam instynktu,
nie powinnam mieć dzieci. Wiecie co – ble ble ble, mam to gdzieś, bo mam prawo
mówić co czuję. I nie będę udawać, że zostałam stworzona do rodzenia. Zawsze
dziwiło mnie określenie typu „lubię dzieci”. Że co przepraszam, a znasz
wszystkie na świecie? To tak samo jakby powiedzieć „lubię ludzi”. Otóż ja nie
lubię wszystkich dzieci. Nie cierpię tych kopiących moje krzesło, gdy piję kawę
w kawiarni, albo biegających między stolikami jak szalone. Zupełnie jakby ktoś
wsadził im korbkę w tyłek i nigdy nie przestał kręcić. Nie lubię małych snobów,
które choć ledwo sięgają do stołu, traktują ciebie jak potencjalnego „dawacza
wszystkiego”, bo im się należy. Mogłabym udusić gówniarzy, którzy dręczyli kota
pod moim oknem, do czasu aż nie ochrzaniłam ich i nie wezwałam kogo trzeba.
Żałuję, że nie miałam wiatrówki. Gardzę małymi sadystami, którzy wyżywają się
na swoich niepełnosprawnych kolegach. Tak więc, nie wszystkie dzieci są fajne.
Jako nastolatka sądziłam, że nie chce nigdy bachora, bo
pieluchy, kupy, „end of life”. I najważniejsze, co wydawało mi się szalenie nie
do zrealizowania – trzeba być odpowiedzialnym. Tak było...do czasu, aż na
świecie nie pojawiła się moja siostrzenica, która jest najmądrzejszą małą
dziewczynką jaką znam. Duża w tym zasługa jej rodziców, bo odpowiadają na jej
pytania, nie mówiąc, że nie mają czasu. Na prośbę „pobaw się ze mną”, nie
reagują zamykaniem drzwi od jej pokoju, co widziałam w innych domach (o
zgrozo). Nie wbijają jej na chama w obrzydliwie wściekłe różowe ciuchy i nie
kupują na siłę lalek. Tak więc mała przepada za czytaniem książeczek, pluska
się w kałuży, rozróżnia modele motocykli i chce zostać „strażaczką”, bo
najbardziej lubi strażaka Sama. Nikt jej nie każe, po prostu tym się
interesuje. Jeżeli kiedyś będę chciała mieć dziecko, myślę, że tak właśnie
postaram się je wychowywać. Właśnie, jeżeli...
Dlaczego w tym chorym kraju nadal panuje myślenie rodem ze
średniowiecza. Ostatnio zaczepiła mnie sąsiadka, której pomogłam nieść zakupy.
Potem tylko tego żałowałam. Usłyszałam, że powinnam się „zainteresować sobą”,
bo już czas. Tłumacząc: znajdź faceta i urodź dziecko. Do jasnej cholery! Czy
tylko na tym polega rola kobiety? Czy ważniejszy od mojego mózgu jest kanał
rodny? To, że mam kilka fakultetów i pracę, w której się spełniam nie ma
znaczenia? Czy w Polsce każdy musi żyć według tego samego schematu? Idąc tym
tropem dalej, lepiej być matką byle jaką i wyrodną niż żadną? To przerażające.
„Matka Polka” zrobiła wam wodę z mózgów. Coraz częściej rzygam tą mentalnością.
Alcatraz
Alcatraz
Trend na femi
- Ty też byłaś kiedyś feministką - usłyszałam od jakiejś kretynki na imprezie.
- Jak to byłam? Nadal jestem - roześmiałam się.
- No jak to? Przecież masz już faceta... - odpowiedziała wspomniana już kretynka, a ja nie kryłam swojego zdziwienia jeszcze przez kolejną godzinę.
O co chodzi? Czy feministka to singielka, która dzięki feminizmowi ma okazję do wyżywania się na swój stan cywilny i nieudolność mężczyzn podczas podejmowania decyzji o związku z inna kobietą? Ile jest idiotek w naszym szacownym kraju, które tak uważają?
Wyprowadzam z błędu te, które dotąd właśnie tak myślały. Feministki mają facetów, narzeczonych, konkubentów, mężów, przyjaciół płci męskiej (nie tylko gejów). Co więcej mamy też koleżanki i przyjaciółki (zarówno w związkach, jak i singielki). Feminizm to nie choroba cywilizacyjna przenoszoną drogą telewizyjną przez stacje typu tvnstyle. Feminizm to chęć zdobycia pewnej wiedzy o kobietach, a przy okazji także o mężczyznach. To szukanie odpowiedzi dlaczego jest tak, jak jest i jak może być i co trzeba zrobić, żeby zaczęło tak być.
Znam sporo dziewczyn, dwudziestoparolatek i tych nieco starszych, które podzielają moje (jak się okazuje feministyczne) poglądy, ale w życiu same nie określą się mianem feministki. Bo to wstyd. Obciach. Niezręczność językowa. Out z życia rodzinno-towarzyskiego. Zaczepka dla mężczyzny. I nie o nazewnictwo tu chodzi, ale o ten wstyd. Bo jeśli wstydzimy się o sobie powiedzieć w ten sposób, to za chwilę będziemy się też wstydziły powiedzieć publicznie o swoich poglądach, przemyśleniach, czy potrzebach. Lęk przed nazewnictwem wzmaga lęk przed samą rzeczą (inspirowane Lordem Voldemortem z Harry'ego Pottera).
Faceci boją się feministek, dlatego je obrażają. Dlatego stworzyli dla nich obraz brzydkich pseudo-intelektualistek, których jedyną ambicją jest zniszczenie i mentalne wykastrowanie mężczyzn. Faceci boją się, że feministki ograniczą ich prawa, że postawią na głowie system, w którym dotąd żyli (faceci nie lubią zmian).
Zatem apel do facetów! Zanim z odrazą w głosie powiecie do swojej kobiety "Ty feministko", dowiedzcie się kim jest feministka, jakie poglądy reprezentuje, jakie stanowisko przyjmuje w sprawach współczesnej polityki i praw kobiet, o co walczy, co chciałaby zmienić w obowiązującym prawodawstwie. Dopiero potem traktujcie feministki, jak trędowate. Bo tak naprawdę, jesteśmy coraz bardziej TRENDowate i będzie nas coraz więcej.
Poniżej kilka mitów dotyczących feministek i dla kontry kilka faktów. Polecam lekturze zarówno paniom, jak i panom.
Mity:
1. Feministki mają trzy cycki.
2. Feministki nie wiedzą, co to depilator, stringi, zalotka i lakier do paznokci.
3. Feministki nie mają przyjaciół (poza innymi feministkami i gejami).
4. Feministki są grube.
5. Feministki nie interesują się niczym poza feminizmem.
6. Feministki nie wiedzą, co to miłość.
7. Feministki nie oglądają telewizji (czytają tylko poważne książki)
8. Feministki nie chodzą na babskie imprezy.
9. Feministki (wszystkie) mają koty.
10. Feministki nienawidzą facetów.
Fakty:
1. Feministki golą nogi i używają kosmetyków, także tych upiększających.
2. Feministki potrafią się wzruszać i płakać.
3. Feministki chodzą na zakupy.
4. Feministki uprawiają seks.
5. Feministki oglądają komercyjne filmy i słuchają komercyjnej muzyki.
6. Feministki noszą koronkową bieliznę.
7. Feministki potrafią przyznać się do błędu i przeprosić.
8. Feministki potrafią gotować i zajmować się domem.
9. Feministki mogą mieć dzieci.
10. Feministki lubią facetów.
Feministka pełną gębą,
Holigoli
Raszple na Facebooku!
- Jak to byłam? Nadal jestem - roześmiałam się.
- No jak to? Przecież masz już faceta... - odpowiedziała wspomniana już kretynka, a ja nie kryłam swojego zdziwienia jeszcze przez kolejną godzinę.
O co chodzi? Czy feministka to singielka, która dzięki feminizmowi ma okazję do wyżywania się na swój stan cywilny i nieudolność mężczyzn podczas podejmowania decyzji o związku z inna kobietą? Ile jest idiotek w naszym szacownym kraju, które tak uważają?
Wyprowadzam z błędu te, które dotąd właśnie tak myślały. Feministki mają facetów, narzeczonych, konkubentów, mężów, przyjaciół płci męskiej (nie tylko gejów). Co więcej mamy też koleżanki i przyjaciółki (zarówno w związkach, jak i singielki). Feminizm to nie choroba cywilizacyjna przenoszoną drogą telewizyjną przez stacje typu tvnstyle. Feminizm to chęć zdobycia pewnej wiedzy o kobietach, a przy okazji także o mężczyznach. To szukanie odpowiedzi dlaczego jest tak, jak jest i jak może być i co trzeba zrobić, żeby zaczęło tak być.
Znam sporo dziewczyn, dwudziestoparolatek i tych nieco starszych, które podzielają moje (jak się okazuje feministyczne) poglądy, ale w życiu same nie określą się mianem feministki. Bo to wstyd. Obciach. Niezręczność językowa. Out z życia rodzinno-towarzyskiego. Zaczepka dla mężczyzny. I nie o nazewnictwo tu chodzi, ale o ten wstyd. Bo jeśli wstydzimy się o sobie powiedzieć w ten sposób, to za chwilę będziemy się też wstydziły powiedzieć publicznie o swoich poglądach, przemyśleniach, czy potrzebach. Lęk przed nazewnictwem wzmaga lęk przed samą rzeczą (inspirowane Lordem Voldemortem z Harry'ego Pottera).
Faceci boją się feministek, dlatego je obrażają. Dlatego stworzyli dla nich obraz brzydkich pseudo-intelektualistek, których jedyną ambicją jest zniszczenie i mentalne wykastrowanie mężczyzn. Faceci boją się, że feministki ograniczą ich prawa, że postawią na głowie system, w którym dotąd żyli (faceci nie lubią zmian).
Zatem apel do facetów! Zanim z odrazą w głosie powiecie do swojej kobiety "Ty feministko", dowiedzcie się kim jest feministka, jakie poglądy reprezentuje, jakie stanowisko przyjmuje w sprawach współczesnej polityki i praw kobiet, o co walczy, co chciałaby zmienić w obowiązującym prawodawstwie. Dopiero potem traktujcie feministki, jak trędowate. Bo tak naprawdę, jesteśmy coraz bardziej TRENDowate i będzie nas coraz więcej.
Poniżej kilka mitów dotyczących feministek i dla kontry kilka faktów. Polecam lekturze zarówno paniom, jak i panom.
Mity:
1. Feministki mają trzy cycki.
2. Feministki nie wiedzą, co to depilator, stringi, zalotka i lakier do paznokci.
3. Feministki nie mają przyjaciół (poza innymi feministkami i gejami).
4. Feministki są grube.
5. Feministki nie interesują się niczym poza feminizmem.
6. Feministki nie wiedzą, co to miłość.
7. Feministki nie oglądają telewizji (czytają tylko poważne książki)
8. Feministki nie chodzą na babskie imprezy.
9. Feministki (wszystkie) mają koty.
10. Feministki nienawidzą facetów.
Fakty:
1. Feministki golą nogi i używają kosmetyków, także tych upiększających.
2. Feministki potrafią się wzruszać i płakać.
3. Feministki chodzą na zakupy.
4. Feministki uprawiają seks.
5. Feministki oglądają komercyjne filmy i słuchają komercyjnej muzyki.
6. Feministki noszą koronkową bieliznę.
7. Feministki potrafią przyznać się do błędu i przeprosić.
8. Feministki potrafią gotować i zajmować się domem.
9. Feministki mogą mieć dzieci.
10. Feministki lubią facetów.
Feministka pełną gębą,
Holigoli
Raszple na Facebooku!
Transformacja
Miałaś kiedyś
przyjaciółkę?
- Miałam, ale po co mi
ona. Strata czasu. Co z tego, że kilka dobrych lat byłyśmy jak siostry. Teraz
mam internet. No może uściślę - portale społecznościowe. Mogę mieć nawet 500
przyjaciół. Już mam całkiem niezłą kolekcję 346 osób w zakładce „znajomi”!
Wystawię kilka wpisów, żeby wiedzieli jaka jestem fajna. I tak będę miała
teraz mniej czasu, bo znalazłam pracę. No trudno. Znajdę czas i się
wylansuję! Szykuję się na imprezę – słitaśna fotka, nowa fryzura – słitaśna
fotka. Zjadłam jajecznicę na wakacjach – słitaśna fotka... Jeszcze kilka wpisów o tym, co zamierzam dzisiaj robić. Kolejne
zdjęcia. Niech każdy wie, że kupiłam nowe ciuchy, że weekendy spędzam w
plenerze. Mam takie udane życie. Poza tym facet! Jeszcze jeden powód, dla którego przyjaciółka jest zbędna. Przecież
wszyscy wiedzą, że tylko wiążąc się z nim coś znaczę. Niech widzą, że jestem
szczęśliwa. Kilka zdjęć jak się całujemy…
Miałaś kiedyś
przyjaciółkę?
- Tak. Ale zmieniła się w
osobę, której nie znam. Teraz mijamy się na ulicy nie wymieniając jednego
słowa. Na szczęście bardzo rzadko. Poza tym, że ma swój wirtualny świat, znalazła "jego" i wszystko się zmieniło. Płakałam tylko na początku. Nie wiedziałam, co się z nami stało. Dziś już wiem,
że to nie była moja wina.
piątek, 10 sierpnia 2012
Heroska
Na swojej drodze spotykamy dziesiątki osób. Większość mijamy
obojętnie, po latach nie pamiętamy nawet imion naszych koleżanek i kolegów z
klasy. Chyba, że dręczyli nas niemiłosiernie i przezywali od okularników,
grubasów, czy marchewek, albo byli klasowymi ofiarami takich małych
skurwysynów. Wspominamy też tych, którzy czymś się wyróżniali i odstawali od
przeciętnej. Ja nigdy nie zapomnę o N. – blondynce o niebieskich oczach, która
była uosobieniem tych dwóch ostatnich. Miała przerąbane odkąd tylko się
zjawiła. Nie mieściła się w żadne ramy. Nie nosiła modnych ubrań, ba nie miała
nawet nowych. Na jej swetrach widniał przeważnie wzorek popularny w latach 80.,
spodnie były nieco za duże, a kurtki ortalionowe. Pamiętam, że miała okulary o
takich oprawkach jak moja babcia. N. była wtedy 13-latką. Naprawdę nie
przesadzę jeżeli powiem, że cała szkoła wymyśliła dla niej bardzo chamskie
przezwisko i traktowała jak niepełnosprawną umysłowo. N. nie była
niedorozwinięta, po prostu była „strasznie” biedna. Do tego mądra i po prostu
dobra. Dlatego została moją przyjaciółką. Moja mama nigdy nie dzieliła ludzi na
lepszych i gorszych i nauczyła, że liczy się „coś więcej” w człowieku. Dziś
myślę, że nieźle musiałam mieć narąbane pod kopułą, żeby olać tych wszystkich kretynów
i udawać, że nie słyszę obelg pod jej i potem także moim adresem.
Trzynastoletnia buntowniczka.
Nigdy nie zapomnę jak spojrzała na mnie jak na ufo, kiedy
złapałam ją pod rękę i szłyśmy razem do domu. Po podstawówce też trafiłyśmy
razem do jednej klasy. Więcej kretynów i ostracyzm. Znów to samo przezwisko,
plecak popisany korektorem przez synalka nauczycielki, a potem wyrzucony w
błoto. Wyzwiska, że śmierdzi, że jest brudna, co nie było prawdą. W gimnazjum
nasza paczka powiększyła się o: Z., która nieumiejętnie łączyła kolory i wzory,
a jej rodzina przeprowadziła się ze wsi do miasta, K., drobniutką
istotkę, chorobliwie nieśmiałą, M., która po wypadku straciła wzrok na jedno
oko i tym samym zyskała urocze przezwisko „cyklop”. Gdzieś w tym wszystkim
byłam ja: nosząca ciężkie buty, potargane włosy i mająca w dupie wszystkich
dokuczającym im frajerom. Nasza paczka „odmieńców”. Przyjaźniłyśmy się,
kłóciłyśmy się, zwierzałyśmy się sobie i tak płynął czas. Aż przyszedł moment
pseudo balu na koniec szkoły, na który N. nie miała pieniędzy. Do dziś nie wie,
że za niego zapłaciłam, a właściwie moja mama. Zagadałam z wychowawczynią, żeby
powiedziała N., że finansuje jej to szkoła.
Potem nasze drogi się rozeszły. Gdzieś tam się mijałyśmy,
ale wiedziałam, że sobie radzi. Wczoraj spotkałyśmy się na kawie, bo w końcu
się udało. N. poszła do zawodówki, ale potem zdała maturę, w co nie wierzył
żaden z nauczycieli. Została kierowniczką w jednym z dużej sieci sklepów,
zrobiła prawo jazdy, kupiła auto, pomaga rodzicom i rodzeństwu. Bardzo chce iść
na studia. Już nie jest wystraszonym stworzątkiem, choć wielu chciało, żeby
takim pozostała. Jest dla mnie heroską, bo sama jest swoją siłą napędową.
Rodzice nigdy jej nie dopingowali, nie wspierali. Miała wyjść dobrze za mąż i
rodzić dzieci, może skończyć podstawówkę. Ona wbrew wszystkiemu chce więcej i
więcej od życia, które od małego dawało jej jedynie w kość. Powiedziałam jej,
że ją podziwiam i jestem z niej dumna. Idziemy na imprezę.
Alcatraz
Raszple na Facebooku!
Alcatraz
Raszple na Facebooku!
czwartek, 9 sierpnia 2012
Zjeść ciastko i mieć ciastko
Można zjeść ciastko i mieć ciastko. Można mieć faceta i mieć życie poza facetem. Do szału doprowadzają mnie kobiety, które uważają, że to niemożliwe. Wszystko jest możliwe, to tylko kwestia zrobienia sobie porządku w głowie. A gdybym miała już na coś decydować się definitywnie, to wybrałabym życie poza facetem, bo to jest ważniejsze i zaraz to udowodnię.
W swoim życiu zdążyłam już poznać kilka pań, które były niesamowite dopóty, dopóki nie poznały tego swojego księcia. Jak już pojawiał się w ich życiu On, wypadały z towarzyskiego obiegu. W ogóle wypadały z gry o nazwie "życie". Liczył się tylko on. Jego plany, marzenia, poglądy, sukcesy, widzimisia. One się do tego dostosowywały. Były tłem dla jego życia. Nie tędy droga.
Naprawdę szczęśliwa w związku może być osoba, która jest szczęśliwa tak po prostu, także poza swoją relacją z drugą osobą. Trzeba być egoistą i myśleć o sobie, inaczej się nie da.
Jeśli masz możliwość zmiany pracy na lepszą, zrób to. Nie pytaj o zgodę partnera. To ty będziesz wstawać o siódmej rano do pracy. Jeżeli chcesz przefarbować włosy na blond, zrób to. To nie twoja wina, że jego eks była blondynką i teraz ma uraz. Masz ochotę iść na kurs języka suahili, idź na ten kurs. Chcesz przejść na wegetarianizm, przejdź - nieważne, że on nie wyobraża sobie życia bez mięsa. Przede wszystkim musisz myśleć o sobie, inaczej twoje życie i twój związek nie mają sensu.
Aha, i jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia. Związek można zakończyć w każdej chwili. Warto to wcześniej przemyśleć, ale tak naprawdę nie ma się czego bać. A zrywać należy wtedy, gdy czuje się jakiekolwiek, najmniejsze choćby ograniczenie, odcinające nas od tego, co nam się zwyczajnie należy.
Holigoli
Raszple na Facebooku!
W swoim życiu zdążyłam już poznać kilka pań, które były niesamowite dopóty, dopóki nie poznały tego swojego księcia. Jak już pojawiał się w ich życiu On, wypadały z towarzyskiego obiegu. W ogóle wypadały z gry o nazwie "życie". Liczył się tylko on. Jego plany, marzenia, poglądy, sukcesy, widzimisia. One się do tego dostosowywały. Były tłem dla jego życia. Nie tędy droga.
Naprawdę szczęśliwa w związku może być osoba, która jest szczęśliwa tak po prostu, także poza swoją relacją z drugą osobą. Trzeba być egoistą i myśleć o sobie, inaczej się nie da.
Jeśli masz możliwość zmiany pracy na lepszą, zrób to. Nie pytaj o zgodę partnera. To ty będziesz wstawać o siódmej rano do pracy. Jeżeli chcesz przefarbować włosy na blond, zrób to. To nie twoja wina, że jego eks była blondynką i teraz ma uraz. Masz ochotę iść na kurs języka suahili, idź na ten kurs. Chcesz przejść na wegetarianizm, przejdź - nieważne, że on nie wyobraża sobie życia bez mięsa. Przede wszystkim musisz myśleć o sobie, inaczej twoje życie i twój związek nie mają sensu.
Aha, i jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia. Związek można zakończyć w każdej chwili. Warto to wcześniej przemyśleć, ale tak naprawdę nie ma się czego bać. A zrywać należy wtedy, gdy czuje się jakiekolwiek, najmniejsze choćby ograniczenie, odcinające nas od tego, co nam się zwyczajnie należy.
Holigoli
Raszple na Facebooku!
wtorek, 17 lipca 2012
Nie zawsze kolorowa, nie zawsze szara
OK,
zaczynamy drogie panie! Na początek trochę „przydołuję”. Tak. Ogarnęła mnie
melancholia szarej rzeczywistości… Ale czy nie ma tego każda z nas po powrocie -
mówiąc otwarcie - z zasłużonego urlopu? Kilka cudownych dni beztroski, z
ukochanym facetem, z dobrze dobraną ekipą. Gofry przygryzane lodami i zapychane
morską rybką w każdej postaci. Problemy i smutki zostawiasz za sobą i udajesz
się w nieznane. Szum morza, ciepły piasek, swoboda. I chociaż zderzenie ze
znienawidzoną przez wszystkich poniedziałkową, zdecydowanie szarą
rzeczywistością jest bolesne, po dłuższych przemyśleniach muszę przyznać, że mam szczęście. Być może
nie uwierzycie, ale nie każda z nas może dzielić luksus zasłużonego urlopu. A
być może właśnie znacie to z autopsji. Szef potrafi być upierdliwy. Słyszałam wiele
razy… Najpierw boisz się w ogóle podejść, poprosić, jakby urlop był czymś, co
należy się tylko wybranym. A przecież każdy może, ba!, nawet powinien odciąć
się od pracy, odizolować, odpocząć. Nie urlop, podczas którego szef wydzwania
co pięć godzin z inną sprawą. Totalny relaks i odseparowanie. Wiem, nie jest
łatwo. A kiedy wciśniesz się w ciasny już od początku roku urlopowy grafik,
wyrwiesz siłą te kilka dni wolności, nie obędzie się bez złośliwych komentarzy
w stylu: „tylko się tam nie zabawiaj, nie chcemy kolejnej ciężarnej w firmie”. A
ty zawstydzona się czerwienisz zamiast zwrócić chamowi uwagę. No tak. Mobbing. Ale
to już zupełnie inna historia. Temat rzeka, do którego nie omieszkam wrócić
niebawem. Tymczasem urlop. Nasuwa się jedna myśl, którą podrzuciła mi dzisiaj
koleżanka z pracy, zmęczona już moimi narzekaniami. Czy aby nie właśnie dzięki
szarej codzienności widzimy tygodniowy odpoczynek, niekiedy zupełnie zwyczajny,
jako coś niesamowicie barwnego i niezwykłego? Kończąc myślę jeszcze o jednym
ważnym szczególe. Przecież warto podjąć - czasem radykalne, ale czasem bardzo
proste kroki, aby zmienić coś w swoim życiu, pokolorować życiowe szarości, chociażby
dzieląc się z innymi swoimi myślami, chociażby pisząc bloga. Bądź dzieląc się
swoimi rozterkami i radościami na blogu trzech innych całkiem sympatycznych Raszpli.
W oczekiwaniu na zrozumienie. Pomyślcie.
Do Szanownej Matki z Dzieckiem, czyli czas poruszyć nieruszane kwestie
Szanowna Matko z Dzieckiem!
Piszę ten list, ponieważ mam Cię już serdecznie dość. Piszę ten list jako nie-matka, użytkowniczka związku partnerskiego, bezdzietna dwudziestoparolatka.
Wyobraź sobie, Matko z Dzieckiem, że kompletnie nie obchodzi mnie co tam u Twojej pociechy. Nie obchodzi mnie raczkowanie, ząbkowanie, kolkowanie, gaworzenie, ani żadne inne czynności życiowe związane z procesem socjalizacyjnym. Nie widzę też powodu, dla którego miałabym Cię w czymkolwiek wyręczać, bo Ty masz dziecko, a ja nie. Trzeba było pomyśleć wcześniej o wywiadówkach, wizytach kontrolnych u stomatologa, pierwszych urodzinkach, drugich, czy osiemnastych, bądź rocznicy pierwszego ząbka. Pewnie nie uwierzysz, ale my - kobiety szczęśliwie bezdzietne - również mamy plany i obowiązki. I nie jest to tylko peeling oczyszczający, choć i to jest ważne.
Matko z Dzieckiem, nie pokazuj mi zdjęć USG dziecka, które robi Ci bajzel w łonie. Na litość boską, to, że Ty widzisz tam główkę, nóżki, rączki, a nawet pieprzyk pod obojczykiem jest Twoim błogosławieństwem i cudem. Ja tam widzę jakieś cienie. To nie jest komfortowe, tak patrzeć w kawałek kartki i kłamać Ci w żywe oczy.
To nie moja wina, Matko z Dzieckiem, że nie masz dla siebie czasu. Nie patrz więc na mnie z wyrzutem, gdy przyjdę na spotkanie po wizycie u fryzjera. Nie dziw się, gdy mówię, że używam trzy rodzaje kremów. Nie karć krytycznym spojrzeniem i dezaprobatą w głosie, gdy powiem Ci, że ja nie mam rozstępów ani blizny po cesarce. Nie oceniaj tego, że moim życiowym celem jest podróż dookoła świata, że mam czas przeczytać kolejną powieść Kinga, że mogę iść do kina niemal w każde popołudnie.
Szanowna Matko z Dzieckiem, to nie ja Cię zapłodniłam, nie ja zmusiłam Cię do narodzin Twego różowego pacholęcia, które swoją drogą na początku niczym nie różni się od łożyska, więc naprawdę nie widzę sensu porównywania go do wszystkich członków Twojej rodziny. Nie stanęłam też nad Tobą niczym mesjasz i nie powiedziałam do Ciebie niskim, tubalnym głosem: czuwaj nad domowym ogniskiem, bo bez Ciebie cywilizacja umrze z zimna.
Ja wybrałam swój system życia bez dzieci. Dobrze mi z tym. I jeśli nie chcesz dostawać więcej takich listów, nie oskarżaj mnie, nie pluj mi w twarz wyzwiskami, nie obrażaj, nie oceniaj, nie krytykuj. Wtedy i ja Cię oszczędzę.
Z poważaniem,
bezbachoralna
Holigoli
Raszple na Facebooku!
Piszę ten list, ponieważ mam Cię już serdecznie dość. Piszę ten list jako nie-matka, użytkowniczka związku partnerskiego, bezdzietna dwudziestoparolatka.
Wyobraź sobie, Matko z Dzieckiem, że kompletnie nie obchodzi mnie co tam u Twojej pociechy. Nie obchodzi mnie raczkowanie, ząbkowanie, kolkowanie, gaworzenie, ani żadne inne czynności życiowe związane z procesem socjalizacyjnym. Nie widzę też powodu, dla którego miałabym Cię w czymkolwiek wyręczać, bo Ty masz dziecko, a ja nie. Trzeba było pomyśleć wcześniej o wywiadówkach, wizytach kontrolnych u stomatologa, pierwszych urodzinkach, drugich, czy osiemnastych, bądź rocznicy pierwszego ząbka. Pewnie nie uwierzysz, ale my - kobiety szczęśliwie bezdzietne - również mamy plany i obowiązki. I nie jest to tylko peeling oczyszczający, choć i to jest ważne.
Matko z Dzieckiem, nie pokazuj mi zdjęć USG dziecka, które robi Ci bajzel w łonie. Na litość boską, to, że Ty widzisz tam główkę, nóżki, rączki, a nawet pieprzyk pod obojczykiem jest Twoim błogosławieństwem i cudem. Ja tam widzę jakieś cienie. To nie jest komfortowe, tak patrzeć w kawałek kartki i kłamać Ci w żywe oczy.
To nie moja wina, Matko z Dzieckiem, że nie masz dla siebie czasu. Nie patrz więc na mnie z wyrzutem, gdy przyjdę na spotkanie po wizycie u fryzjera. Nie dziw się, gdy mówię, że używam trzy rodzaje kremów. Nie karć krytycznym spojrzeniem i dezaprobatą w głosie, gdy powiem Ci, że ja nie mam rozstępów ani blizny po cesarce. Nie oceniaj tego, że moim życiowym celem jest podróż dookoła świata, że mam czas przeczytać kolejną powieść Kinga, że mogę iść do kina niemal w każde popołudnie.
Szanowna Matko z Dzieckiem, to nie ja Cię zapłodniłam, nie ja zmusiłam Cię do narodzin Twego różowego pacholęcia, które swoją drogą na początku niczym nie różni się od łożyska, więc naprawdę nie widzę sensu porównywania go do wszystkich członków Twojej rodziny. Nie stanęłam też nad Tobą niczym mesjasz i nie powiedziałam do Ciebie niskim, tubalnym głosem: czuwaj nad domowym ogniskiem, bo bez Ciebie cywilizacja umrze z zimna.
Ja wybrałam swój system życia bez dzieci. Dobrze mi z tym. I jeśli nie chcesz dostawać więcej takich listów, nie oskarżaj mnie, nie pluj mi w twarz wyzwiskami, nie obrażaj, nie oceniaj, nie krytykuj. Wtedy i ja Cię oszczędzę.
Z poważaniem,
bezbachoralna
Holigoli
Raszple na Facebooku!
poniedziałek, 16 lipca 2012
Pokryta łuskami
Bywam nazywana singielką. Według wzoru z popularnych seriali
mam własną firmę, noszę drogie kostiumy i jem śniadania w restauracji. Mimo, że
nie mam faceta, bank dał mi spory kredyt na mieszkanie (w apartamentowcu), cały
dzień popieprzam w szpilkach i nie bolą mnie nogi, a o moje względy stara się
co najmniej dwóch amantów. Pracuję od rana do wieczora, ale nigdy nie świeci mi
się gęba, na twarzy nie wyskoczy mi pryszczol, wyglądający jak wulkan w czasie
erupcji, moje włosy są długie i lśniące, układają się nawet gdy pada. Chociaż
niby wcinam pizzę wieczorami, siedząc do późna w biurze z przyjaciółmi, mam
tyłek jak przecinek i w ogóle jestem chuda jak trzcinka.
A teraz zejdźmy z nieba na ziemię. Upadek jest bolesny więc
już boli mnie zadek. Mam to szczęście, że lubię moją pracę, ale nie mam
bogatych rodziców, ani też oszczędności, aby założyć coś swojego. Na śniadanie
jem razowy z pomidorem i popijam kawą. Na moim blokowisku nie ma kawiarni
(lubię to słowo).
Żaden bank nie da mi kredytu jako „bezdziadowej” kobiecie. Nie zarabiam też
„kokosów”, żeby mi dali. Dziś rozważałam sprzedanie narządów np. nerki, do
czasu, gdy kumpel powiedział, że kiepsko „stoją” na rynku. Więc mówiąc
kolokwialnie „dupa”. Na co dzień nie chodzę w szpilkach, (Boże broń). To buty,
w których można przejść od samochodu do stolika w restauracji. Gdybym miała je
nosić cały dzień i udawać, że mi wygodnie, to prędzej odgryzłabym sobie nogi z
bólu. Kobiety, które potraficie w nich w chodzić kilkanaście godzin – składam
hołd. Jeżeli chodzi o tzw. amantów, to kiepścizna. Gustują we mnie tylko
panowie z budowy, lub tacy stojący nad grobem, śliniący się na wszystko, co
żyje, myślący „ja jeszcze mogę”. W rzeczywistości muszą dowiązać „ to, co
trzeba” do kredki, żeby się trzymało pionu. Obleśne typki.
Trzecia opcja to po prostu kretyni.
Wygląd... raczej niewygląd. Pseudo-włosy żyją własnym
życiem. Rozkazuję ułożyć im się w prawo, to sterczą itd. Świecącą paszcza i tak
przebije warstwę pudru, ukazując tym samym mały kraterek z białą niespodzianką.
Tyłka jak przecinek nie mam, no może jak dwa przecinki.
Bywam też nazywana starą panną (choć mam ćwierćwiecze na
karku). Tak mówią „poduszkowce” czyli
kobiety siedzące całe dnie w domu, głównie w oknie. Opierające się o poduszkę,
bo tak wygodniej podglądać sąsiadów. Według nich już dawno powinnam mieć męża i
z dwójkę dzieciaków. Bo nieważne jaki jest facet, byleby był.
Widzicie „poduszkowce”,
może jeszcze długo będziecie miały temat do rozmów, bo ja nie chcę byle kogo.
Jeżeli jeszcze któraś mnie spyta „ i jak tam masz kogoś”, to przywalę z glana,
albo wkłuję zardzewiały widelec w oko i będę modlić się, żeby przyszło
zakażenie.
- Dlaczego jest tyle wolnych kobiet po trzydziestce?
- Sama nie wiem. Może dlatego, że pod ubraniem nasze ciała pokryte są łuską?
To jedno z fajniejszych zdań Bridget Jones
niedziela, 15 lipca 2012
Przyjaciel sprzed roku
Przeglądam zdjęcia sprzed roku. Sto tysięcy zabawnych fotek z plaży, ze skromnej nadmorskiej kwatery, w deszczowych pelerynkach, z wywalonymi językami, z butelką taniego wina z biedry. Na wszystkich pojawiają się dwie młode twarze. Twarze zadowolonych z życia dziewcząt.
Patrzę na te zdjęcia i myślę sobie, że to było strasznie dawno temu. Kiedy jeszcze na pytanie "co u Ciebie?", faktycznie dowiadywałam się co u niej. Dziś po zadaniu tego samego pytania dowiaduję się, że U NICH wszystko w porządku. Oni to Ona i On.
Ok, związek jest ważny. Chwalmy pana za dobre stosunki i relacje partnerskie, ale może bez przesady? Prawda jest taka, że facet może cię kopnąć w każdej chwili w tyłek, zostawić, zapomnieć, a po drodze jeszcze ostro sponiewierać. Przyjaciel nie ma prawa tego zrobić. Przyjaciel wiernie trwa i czeka. Jest gotowy na poświęcenia. Jest tam gdzie powinien być. Mówi, gdy powinien to robić, milczy, gdy powinien milczeć. Ocenia srogo i sprawiedliwie. Przyjaciel nie obejrzy się za krótką spódniczką, robiąc ci tym przykrość. Nie powie, że przeszkadza mu Twój cellulit, bo ma gdzieś Twój cellulit. Jeśli jesteś osobą, która zapomniała o swoim przyjacielu, bo pochłonął cię związek partnerski - WSTYDŹ SIĘ. I wiedz, że nie ma na to żadnego sensownego usprawiedliwienia. Nie wytrwasz w żadnym związku, nie mając przyjaciół poza swoim partnerem. Czasami trzeba spojrzeć na kogoś innego, pogadać z kimś z kim nie sypiamy, ponarzekać na swojego partnera, pośmiać się w towarzystwie tego, z którym robiłaś to tyle razy. Ślepa miłość, izolacja od świata i ludzi raczej nie prowadzi do niczego dobrego.
Holigoli
Patrzę na te zdjęcia i myślę sobie, że to było strasznie dawno temu. Kiedy jeszcze na pytanie "co u Ciebie?", faktycznie dowiadywałam się co u niej. Dziś po zadaniu tego samego pytania dowiaduję się, że U NICH wszystko w porządku. Oni to Ona i On.
Ok, związek jest ważny. Chwalmy pana za dobre stosunki i relacje partnerskie, ale może bez przesady? Prawda jest taka, że facet może cię kopnąć w każdej chwili w tyłek, zostawić, zapomnieć, a po drodze jeszcze ostro sponiewierać. Przyjaciel nie ma prawa tego zrobić. Przyjaciel wiernie trwa i czeka. Jest gotowy na poświęcenia. Jest tam gdzie powinien być. Mówi, gdy powinien to robić, milczy, gdy powinien milczeć. Ocenia srogo i sprawiedliwie. Przyjaciel nie obejrzy się za krótką spódniczką, robiąc ci tym przykrość. Nie powie, że przeszkadza mu Twój cellulit, bo ma gdzieś Twój cellulit. Jeśli jesteś osobą, która zapomniała o swoim przyjacielu, bo pochłonął cię związek partnerski - WSTYDŹ SIĘ. I wiedz, że nie ma na to żadnego sensownego usprawiedliwienia. Nie wytrwasz w żadnym związku, nie mając przyjaciół poza swoim partnerem. Czasami trzeba spojrzeć na kogoś innego, pogadać z kimś z kim nie sypiamy, ponarzekać na swojego partnera, pośmiać się w towarzystwie tego, z którym robiłaś to tyle razy. Ślepa miłość, izolacja od świata i ludzi raczej nie prowadzi do niczego dobrego.
Holigoli
poniedziałek, 9 lipca 2012
Ona i jaskiniowiec
Pomyślałam sobie, że może koleś ma jakąś niesamowitą gadkę, że mnie intelektualnie oczaruje, że będzie filozoficznym wodzirejem, bajarzem nie z tego świata. A tu znowu kulą w płot. Facet jest totalnym burakiem. Ćwikłowym głupkiem o zdecydowanie zbyt wysokim mniemaniu o sobie i rozbujałym ego.
Dlaczego? Pytam z nieskrywanym żalem i rozpaczą w głosie. Dlaczego taka fajna, ładna, zgrabna dziewczyna robi sobie kuku? Bo to krzywda jest, jak dziewczyna się marnuje przy takiej zarośniętej małpie.
Już widzę te zniesmaczone gęby wyznawców teorii, że nie liczy się opakowanie, tylko jego zawartość. Błagam Was ludzie, w co Wy wierzycie? Liczy się opakowanie. Każdy chce się budzić obok ładnego opakowania, a przynajmniej zadbanego, pachnącego i w miarę świeżego. Chce, żeby to opakowanie się dla niego starało wyglądać w miarę atrakcyjnie. Chce, żeby w ogóle się starało, bo wtedy wiadomo, że to ma sens. Gdyby mój partner się zapuścił, to byłabym zmuszona wskazać mu drogę do drzwi - drzwi raju dla zapuszczonych mężczyzn.
Najstraszniejsze w historii moich znajomych jest to, że jej to też przeszkadza. Że ona mówi zrozpaczonym głosem: no spójrz, jak on wygląda (wygląda jak niewygląd), jak się zaniedbał, jak zbezdomniał mi, zdziadział... To po co z nim, dziewucho, jesteś? Zapytam, wcale nie oczekując odpowiedzi.
Holigoli
Raszple na Facebooku!
Kobieta, która nienawidzi kobiet
Teraz napiszę coś za co znienawidzą mnie feministki. Kobiety
powinny uczyć się od facetów. Tak, tak powinny. Czego? Egoizmu panie, właśnie
egoizmu. Szerzy się choroba, która dotyka coraz więcej moich koleżanek. Idą za
swoimi mężczyznami jak cielaki prowadzone na rzeź. Przestają być niezależnymi
Kasiami, Magdami, Sylwiami itd., a stają się jakąś hybrydą, łącząc się we
wszystkim ze swoim dziadem. Tak będę pisać dziad, to taki synonim. Kto do
cholery powiedział, że każdą minutę trzeba spędzać razem, że trzeba pytać, czy
mogę iść na kurs języka obcego, czy mogę sobie kupić sukienkę, czy mogę wyjść z
kumpelami na piwo. Kiedy słyszę takie teksty, krew mnie zalewa. Otóż tak możesz
kobieto, bo zarabiasz na siebie i masz swój własny mózg!
Dlaczego my, które jesteśmy niby takie wyemancypowane,
„cipiejemy”, bo nie wiem już jak to nazwać, gdy jesteśmy w związku. Jesteśmy w
stanie dać sobą zawładnąć i ograniczyć się jakiemuś tzw. „possessive” guy’owi,
którego będziemy bardziej własnością niż ukochaną kobietą? Czy tak chcemy być
kochane, że jesteśmy w stanie schować do kieszeni swoje poglądy? Może to tylko
takie nasze gadanie na pokaz?
Obraźcie się na mnie i zlinczujcie, ale moim zdaniem to brak
pewności siebie. To chore, że wmawiamy sobie wiecznie, że coś z nami nie tak.
Kobiety są tak upierdliwe, że zawsze znajdą jakąś niedoskonałość w sobie, a to
nogi za grube, a tu brzuch nie taki, a cycki za małe. No do jasnej cholery!
Jeżeli faktycznie ważysz za dużo, schudnij! Zrób coś ze sobą kobieto! Albo
zaakceptuj siebie i nie wymyślaj na siłę swoich wad!
Czy widziałyście kiedyś faceta, który ma kompleksy? Bo ja
nie, najwyżej ma „niedoskonałości”. Kiedy ma brzuch od piwa, twierdzi, że jest
dobrze zbudowany. Ma starego „komarka”, ale powie, że jest zmotoryzowany. Nie
zna się na danej dziedzinie, ale określi siebie jako „amatora – hobbystę”. Z
włosów na ramionach może pleść dready, ale nie ogoli ich tylko stwierdzi, że
„kobiety to lubią takie miśki”.
To jest właśnie odrobina egoizmu, której nam brakuje. Więc
babki, jeżeli chcecie zrobić coś dla siebie, nie pytajcie o zgodę, po prostu to
zróbcie. Jeżeli macie ochotę wrąbać pizzę, nie żyjcie o listku sałaty. Jeżeli
ważycie za dużo, schudnijcie dla siebie, nie dla niego. Wyluzujcie, tak jest
naprawdę łatwiej. Jest łatwiej kiedy nie spełnia się czyichś oczekiwań.
Nie szanuję kobiet, które zatraciły siebie kosztem tzw. udanego związku. Dupa to jest, a nie
udany związek, kiedy nie możecie się rozwijać. Przytwierdziłyście się do swoich
dziadów klejem, czy co? Gorzej, gdy to on zechce się odlepić. Amputacji możecie
nie przeżyć.
niedziela, 8 lipca 2012
Chłopak z klubu nocnego
Jeśli kobieta pozwala swojemu facetowi wyjechać na trzy miesiące za ocean, to albo jest głupia, albo bardzo go kocha. U mnie oba czynniki się jakoś nałożyły i mój facet wyjechał na trzy miesiące za ocean. On ma swój amerikandrim, a ja mam swoją polską schizofrenię paranoidalną wywołaną chorobliwą zazdrością (hell yeah!). Podobno najgorsze mamy już za sobą. Tak przynajmniej twierdzą znajomi, bo ja jakoś sama tego kompletnie nie zauważyłam. Zwłaszcza, gdy oświadczył mi, z nieskrywaną dumą, że znalazł pracę w klubie nocnym. Moje wyczerpanie spowodowane snuciem domysłów na temat niechybnej zdrady osiągnęło prawdziwy szczyt. Nie pomnę, ile razy w ciągu minionych pięciu tygodni, oczami wyobraźni ściągałam go z ponętnej kanadyjki i wcale nie chodzi mi tu o rodzaj harcerskiej leżanki. Nie wierzę po prostu, że nie potrzebują pracowników w pobliskiej myjni samochodowej, na stacji benzynowej, w barze szybkiej obsługi, w sklepiku dla starszych dam z pończochami w rozmiarze XXL.
Nie! On musiał znaleźć sobie pracę akurat w klubie nocnym! I jeszcze się kretyn pyta, czy coś się stało. Nie, skąd. Nic się nie stało. Cudownie jest. Baw się dalej, a ja tu sobie spokojnie będę siwieć i produkować tkankę tłuszczową, zajadając czekoladki i popychając je kurczakiem z rożna.
Dobre rady wszystkich dookoła tylko mnie dodatkowo denerwują. A życzliwych nie brakuje. Zestaw ciepłych frazesów na pocieszenie też doprowadza mnie do furii i krew jaśnistą zalewa. Moje ulubione slogany pseudo-pocieszycielskie to "tego kwiatu, to pół światu" i drugie, nie gorsze "jak będzie cię chciał zdradzić, to zrobi to wszędzie". Nie no, od razu czuję się lepiej, dziękuję bardzo.
Oczywiście, wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że oszalałam i kompletnie mi odwaliło. Ale naprawdę, co z tego, że pracuje w klubie nocnym na ranną zmianę? Nadal to przecież praca w klubie nocnym.
Holigoli
Raszple na Facebooku!
sobota, 7 lipca 2012
Raszple witają!
Ten blog dla wielu będzie prowokacją. Dla nas będzie miejscem, w którym możemy się wyżyć. Jesteśmy kobietami. Zwykłymi, normalnymi kobietami. Mijamy się codziennie z innymi, zwykłymi, normalnymi kobietami.
Dziś chcemy pisać o nas - zwykłych, normalnych kobietach. O naszym życiu, sprawach i problemach. Nie będziemy słodkie i miłe. Będziemy sobą - będziemy raszplami!
Dziś chcemy pisać o nas - zwykłych, normalnych kobietach. O naszym życiu, sprawach i problemach. Nie będziemy słodkie i miłe. Będziemy sobą - będziemy raszplami!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








