piątek, 10 sierpnia 2012

Heroska


Na swojej drodze spotykamy dziesiątki osób. Większość mijamy obojętnie, po latach nie pamiętamy nawet imion naszych koleżanek i kolegów z klasy. Chyba, że dręczyli nas niemiłosiernie i przezywali od okularników, grubasów, czy marchewek, albo byli klasowymi ofiarami takich małych skurwysynów. Wspominamy też tych, którzy czymś się wyróżniali i odstawali od przeciętnej. Ja nigdy nie zapomnę o N. – blondynce o niebieskich oczach, która była uosobieniem tych dwóch ostatnich. Miała przerąbane odkąd tylko się zjawiła. Nie mieściła się w żadne ramy. Nie nosiła modnych ubrań, ba nie miała nawet nowych. Na jej swetrach widniał przeważnie wzorek popularny w latach 80., spodnie były nieco za duże, a kurtki ortalionowe. Pamiętam, że miała okulary o takich oprawkach jak moja babcia. N. była wtedy 13-latką. Naprawdę nie przesadzę jeżeli powiem, że cała szkoła wymyśliła dla niej bardzo chamskie przezwisko i traktowała jak niepełnosprawną umysłowo. N. nie była niedorozwinięta, po prostu była „strasznie” biedna. Do tego mądra i po prostu dobra. Dlatego została moją przyjaciółką. Moja mama nigdy nie dzieliła ludzi na lepszych i gorszych i nauczyła, że liczy się „coś więcej” w człowieku. Dziś myślę, że nieźle musiałam mieć narąbane pod kopułą, żeby olać tych wszystkich kretynów i udawać, że nie słyszę obelg pod jej i potem także moim adresem. Trzynastoletnia buntowniczka.
Nigdy nie zapomnę jak spojrzała na mnie jak na ufo, kiedy złapałam ją pod rękę i szłyśmy razem do domu. Po podstawówce też trafiłyśmy razem do jednej klasy. Więcej kretynów i ostracyzm. Znów to samo przezwisko, plecak popisany korektorem przez synalka nauczycielki, a potem wyrzucony w błoto. Wyzwiska, że śmierdzi, że jest brudna, co nie było prawdą. W gimnazjum nasza paczka powiększyła się o: Z., która nieumiejętnie łączyła kolory i wzory, a jej rodzina przeprowadziła się ze wsi do miasta, K., drobniutką istotkę, chorobliwie nieśmiałą, M., która po wypadku straciła wzrok na jedno oko i tym samym zyskała urocze przezwisko „cyklop”. Gdzieś w tym wszystkim byłam ja: nosząca ciężkie buty, potargane włosy i mająca w dupie wszystkich dokuczającym im frajerom. Nasza paczka „odmieńców”. Przyjaźniłyśmy się, kłóciłyśmy się, zwierzałyśmy się sobie i tak płynął czas. Aż przyszedł moment pseudo balu na koniec szkoły, na który N. nie miała pieniędzy. Do dziś nie wie, że za niego zapłaciłam, a właściwie moja mama. Zagadałam z wychowawczynią, żeby powiedziała N., że finansuje jej to szkoła.
Potem nasze drogi się rozeszły. Gdzieś tam się mijałyśmy, ale wiedziałam, że sobie radzi. Wczoraj spotkałyśmy się na kawie, bo w końcu się udało. N. poszła do zawodówki, ale potem zdała maturę, w co nie wierzył żaden z nauczycieli. Została kierowniczką w jednym z dużej sieci sklepów, zrobiła prawo jazdy, kupiła auto, pomaga rodzicom i rodzeństwu. Bardzo chce iść na studia. Już nie jest wystraszonym stworzątkiem, choć wielu chciało, żeby takim pozostała. Jest dla mnie heroską, bo sama jest swoją siłą napędową. Rodzice nigdy jej nie dopingowali, nie wspierali. Miała wyjść dobrze za mąż i rodzić dzieci, może skończyć podstawówkę. Ona wbrew wszystkiemu chce więcej i więcej od życia, które od małego dawało jej jedynie w kość. Powiedziałam jej, że ją podziwiam i jestem z niej dumna. Idziemy na imprezę.

Alcatraz


Raszple na Facebooku!

1 komentarz: