wtorek, 4 grudnia 2012

Kompromis

Holidej ma dla Was raszplową myśl na dzisiaj.

W życiu piękne są tylko chwile…


... Usłyszałam w radiu popijając rano kawę. To prawda. W życiu piękne są tylko chwile, ale zastanawiając się nad życiem swoim i życiem w ogóle, dochodzę do wniosku, że życie to przecież zlepek tysięcy chwil. Tych dobrych, cudownych, niezapomnianych, ale i smutnych, przygnębiających, bolesnych. I jakkolwiek straszne będą nasze chwile każda z nich ma w sobie cząstkę piękna, każda daje nam coś wartościowego, doświadcza, wpływa na umysł i duszę, staje się częścią nas, nawet jeżeli sprawia ból, jeśli przynosi śmierć.
Dążę do tego, że skoro w życiu piękne są chwile, a życie to zlepek chwil, to wniosek jest jeden: życie jest piękne. Jest. Nieważne jak bardzo daje ci w kość. Kiedy wątpisz w to, o czym mówię, pomyśl o wszystkim, co piękne, o dobrych osobach, które stanęły na twojej drodze, o niesamowitych momentach w życiu, kubku ulubionej kawy i czekoladowym batoniku, który zawsze poprawia nastrój. O tych wielkich, niezapomnianych chwilach, o drobiazgach przynoszących codzienne szczęście.
Wiem, to wszystko jest okropnie ckliwe, może to przez nocne oglądanie komedii romantycznych z ukochaną przyjaciółką, może przez sypiący za oknem biały puch. Sęk w tym, że chcę tego, co ckliwe, chcę być niepoprawną optymistką, chcę żeby moje życie było jednym wielkim happy endem. Czy to możliwe? Mam nadzieję, że tak. To był dla mnie ciężki rok, ale jednocześnie przeżyłam  tak wiele niesamowitych chwil. Podsumowując powiem jedno, grunt to pozytywne myślenie i różowe okulary w pogotowiu. Wtedy łatwiej dostrzec, że w życiu piękne jest... życie.

Holidej

Trzeba się wyluzować



„Jestem kobietą, wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie..” śpiewała niegdyś wokalistka, której twórczość nie za bardzo lubię. Nie dlatego jednak się z tymi słowami nie zgadzam. Prawda jest bardziej brutalna. Według mnie po prostu:

Kobieta jest robotem – ma 39 stopni gorączki, ale musi ugotować obiad z trzech dań. Nie przejdzie obojętnie obok kurzu na szafce, chociaż ledwo trzyma się na nogach. Znam przypadek takiej, która podczas ataku rwy kulszowej, myła o pierwszej w nocy kredens w kuchni. Po co wam to, za dużo tej perfekcyjnej, wiadomo kogo.
Kobieta to emocjonalny rollercoaster – idą za rękę, śmieją się, całują i nagle trafia ją szlag. Bo przypomniała sobie, że trzy dni temu on rozrzucił skarpetki i w sumie nadal ją to wkurza. I zaczyna się stan menopauzalny. „Bo ty mi nigdy nie pomagasz”, „Bo ty mnie nigdy nie słuchasz”.
Kobieta rozkminia – O czym myślisz? – pyta go eteryczna istota w najmniej oczekiwanym momencie, np. „po”. Otóż faceci, tym różnią się od nas, że mają w mózgu szufladkę z napisem „nicość”. Kiedyś o tym słyszałam i się z tym zgodzę. Kiedy jest dobrze, po co zastanawiać się nad drobiazgami. Po prostu jest fajnie. Nie rozkminiaj. Niby co on ma powiedzieć: „ O Tobie”, czy „O wojnie w Czeczenii”. On się najzwyczajniej w świecie cieszy. Tyle
Kobieta lubi równania – szczególnie porównywać się z innymi. Że włosy mogłyby być jak u Kasi, zęby Zdzisi są lepsze, a talia, talia to tylko tej Karoliny z bloku obok. I potem pyta się takiego wpatrzonego w nią: „Czy nie jestem za gruba”, „Mogłabym trochę schudnąć”… Oni mają to gdzieś, kiedy was kochają. Sformułowanie, „erotyczna powierzchnia użytkowa” to coś co widzą. A wy zamiast wymyślać, nie wpieprzajcie kabanosów o drugiej w nocy.

Kobiety, pamiętajcie jak powiedział Laska z „Chłopaki nie płaczą” – „Trzeba się wyluzować”.

Alcatraz

Jak uwieść faceta (dziesięć niezbędnych warunków)

Potrafię uwieść każdego faceta. Serio. Dzisiaj podzielę się z Wami tą tajemną wiedzą. Bo tak naprawdę wystarczy spełnić tylko kilka warunków.

Warunek 1:
Słuchaj faceta. Każdy facet jest trochę jak mała baletnica, stawiająca pierwsze kroki na scenie. Potrzebuję uwagi. Wiadomo, że czasami nie interesuje nas wymiana tłumika, jakiś interfejs na usb, chłodnica, maźnica, gaśnica, bóg wie co tam jeszcze, ale słuchać trzeba. Facet wysłuchany to facet szczęśliwy.

Warunek 2:
Praw mu komplementy. Kobietom się wydaje, że tylko faceci są od prawienia komplementów. Niestety te czasy minęły już dawno. Najlepiej traktować faceta trochę, jak produkt reklamowy. Ty jesteś copywriterką i musisz stworzyć mu dobry slogan, hasło reklamowe, pozytywne public relations. Mów mu za co go cenisz, podziwiasz, czym cię zaskakuje. Najlepiej twórz porównania (tylko nie takie w stylu "jesteś bystry, jak Forrest Gump"), dzięki nim facet cię zapamięta, będziesz kojarzyła mu się z czymś dobrym. Często jest tak, że odkrywasz w facecie cechę, o której on sam wcześniej nie wiedział. Wielu już za to się w tobie zakocha.

Facecie...

Nie staraj się zrozumieć wszystkich kobiet, tylko mnie.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Wehikuł czasu


Kiedy ma się szesnaście lat, wygląda się jak przez okno (być może są szczęściary, które już wtedy były piękne, jak do nich nie należałam), nosi się za duże ubrania i spotyka z niewłaściwymi chłopakami. I do tego małe kraterki na twarzy, „wulkany” wybuchające w najmniej oczekiwanych porach dniach.
Moja fryzura przypominała gniazdo, w którym mogły żyć pterodaktyle. Każdy włos sterczał w różną stronę, jak takie antenki, ściągałam na zmianę nocne programy dla dorosłych i „Domowe Przedszkole”. No może pomiędzy, jakiś teledysk Guns n’Roses się zdarzył. Ubrania miały ukryć nadprogramowe kilogramy i chyba całą złość jaką miałam w stosunku do otaczającego mnie świata. Pragnę tu nadmienić, że byłam posiadaczką czarnego swetra, sięgającego niemal za kolana o wdzięcznym imieniu Al. Przyjaźniłam się z Asią, właścicielką najgłośniejszego i najbardziej szyderczego śmiechu w klasie. Aśka była również właścicielką pająka w stanie hibernacji, którego trzymała w piórniku. Zdaje się, że zwał się Herman.
To był także czas niegrzecznych chłopców...skóra, glany i jedna wielka anarchia w głowie. Taki niby zbuntowany rycerz.... Z czasem okazało się, że z niegrzecznych chłopców wyrastają dorośli łajdacy, od których słyszysz, że „jesteś jednym, wielkim pierdolonym problemem”. Wielkie swetry nie ukryją problemów, ani braku akceptacji. I nawet jeżeli przestaniesz być „pryszczatką”, tak naprawdę nie zmieni się nic, bo nadal w środku będziesz, nie bójmy się tego słowa „dupą wołową”.
Nie cofnęłabym się w czasie, bo dobrze mi tak jak teraz. Bo nie jestem małym zakompleksionym stworzonkiem, szukającym akceptacji u faceta. Bo uważam, że jestem po prostu fajna. Toksyczne typki posyłam kopniakiem na księżyc. Nie ze mną te numery. Nadal widuję się z Asią i uważam, że czarny to nie kolor, to styl życia. Moje włosy odbierają jeszcze więcej programów. Jednak...nie czaję się w koncie, aż ktoś mnie z niego wyciągnie. Zachłannie biorę życie, bo czuję, że żyję dopiero od niedawna. Odpuściłam bezsensowne znajomości, udawane przyjaźnie. Nie zamierzam być idealna. Nie spełniam czyichś oczekiwań. Boże, jak mi jest łatwo. Lepiej późno, niż za późno.

Alcatraz

Well I am just out of school

I am real real cool

I got the jump got the jive

Got the message I'm alive

I'm a wild I'm Wild One!

Ohhh yeah I'm a Wild One!

I'm gonna keep a shakin'

I'm gonna keep a movin' baby

Don't you cramp my style I'm a real wild child!


Dzika



Poigram dziś z losem
Trochę hazardu
Zabawię się
On będzie krupierem
Ja jego ofiarą w przydługim swetrze

Stojąc na starym chodniku
Kołysząc się na szarej płycie
Oddaje się jej pod opiekę
Ważą się moje losy

Jestem ostatnim owocem
Być może nadgniłym, który
Został na tym dziwnym drzewie
Zwanym światem

Nie ma już nic ze mnie
Płyta pęka, drzewo umiera
Ale trwam jak film na nocnym seansie
Choćby nie przyszedł nikt






Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości...


Gentelman zawsze w cenie

fot. by aleseriale.pl
fot. aleseriale.pl
Nie wiem jak wy, ale ja jestem pod wrażeniem, kiedy facet przepuszcza mnie przodem w drzwiach, ustępuje miejsca w zatłoczonym autobusie, czy wyręcza mnie w dźwiganiu ciężkich zakupów. Ostatnio – dzięki codziennej, miesięcznej podróży pociągiem – ku mojemu zdziwieniu zauważyłam, że tacy mężczyźni nadal istnieją, mimo, że uważani są za gatunek wymarły. Chociażby w miniony piątek.  Kiedy wpadłam do wagonu po wcześniejszym kilkuminutowym sprincie na peron zrobiło mi się słabo na myśl o tym, że będę musiała stać przez następną godzinę w ciasnym przedziale. Wszystkie miejsca siedzące były zajęte, a o wygodne miejsce stojące też było trudno. Byłam wręcz wstrząśnięta, kiedy jeden z mężczyzn wstał i wskazując na swoje miejsce zaznaczył, że mogę usiąść. A jeszcze parę dni wcześniej jeden z podróżnych (płci męskiej) zwrócił uwagę drugiemu, który rozłożył na miejscu obok torby z zakupami. Kiedy „obładowany” ustąpił, ten drugi z zadowoleniem powiedział, że teraz mogę wygodnie usiąść.
Zastanawiając się, gdzie CI mężczyźni, przyszło mi do głowy, że my same po części doprowadziłyśmy do ich wyginięcia, m. in. dzięki hasłom w stylu: „nie chcę, żebyś pomagał mi nosić ciężkie torby, uważasz, że jestem słaba?”, „płacisz za mnie – sugerujesz, że nie potrafię zarobić tyle, co ty!”. Z drugiej jednak strony są faceci, którzy celowo doprowadzają do wyginięcia cech i zachowań gentelmana, wykorzystując nasze usilne błagania o równe traktowanie w sferze zawodowej i prywatnej.
Jeżeli chodzi o mnie, mówię TAK dla przepuszczania kobiety w drzwiach, wstawania, kiedy podchodzi do stołu, otwierania drzwi, płacenia na randce, ustępowania miejsca, pomocy przy noszeniu zakupów… Właściwie jedyne NIE dotyczy całowania w rękę, którego po prostu nie lubię. Myślę, że mężczyzna, którego stać na takie gesty zawsze będzie postrzegany przez kobiety w lepszym świetle. Jeżeli nie przez wszystkie, to ręczę, że przez zdecydowaną większość.

Holidej

Mieć hejta...

Czy na Ziemi są istoty myślące - owszem, ale ja tylko z wizytą... - napis zobaczony na murze.

Bo czasem wszyscy są jak "włos w zupie"...

Alcatraz

niedziela, 25 listopada 2012

Zakochane, durne idiotki

Dzisiaj (po rozmowie z jedną zakochaną) nasunęła mi się płciowa różnica bycia w związku. Bo facet, który jest w związku, to po prostu facet, który jest w związku. Zaś kobieta, która jest w związku, to kobieta częściowo wyłączona życiowo. 


Odkryłam, że kobieta, gdy przeżywa stan zakochania:
a) mówi tylko o Nim, bo tylko On jest godny strzępienia sobie jęzora (i każdy ma obowiązek tego słuchać);
b) myśli tylko o Nim, bo o czym jeszcze można by myśleć;
c) martwi się, czy aby na pewno zasłużyła na jego miłość (o tym, czy on zasłużył na jej miłość jakoś nie ma potrzeby myśleć);
d) jest przekonana, że jej uczucie, związek, motyle w brzuchu, emocje wywołane przez lubego są najważniejsze na świecie (nie, Moja Droga, to wszystko to gówno, które interesuje tylko Ciebie i ewentualnie Twojego faceta, jeśli jest totalnym laczkiem i lubi analizować z Tobą takie pierdoły);
e) zapomina o urodzinach przyjaciółki, ale ma do tego święte prawo, bo była z Misiem na basenie tego dnia, bo akurat przypadała ich trzecia miesięcznica (osz, co to w ogóle jest ta miesięcznica?!);
f) ciągle się głupio pyta, jak wygląda (wiadomo, że ładnie wygląda, bo jak ktoś jest szczęśliwy, to przeważnie ładnie wygląda, no i jak spędziła ostatnie dwie godziny u kosmetyczki to także trudno wyglądać źle);

Imię eks podczas s.

Holigoli ma dla Was słowo na niedzielę. Weźcie to sobie do serca. 



wtorek, 20 listopada 2012

W poszukiwaniu "koguta domowego"


Każda z nas jest kurą. Mniej, bądź bardziej, ale zawsze, choć nie wiem jak usilnie wypierałybyśmy się tego. Jesteśmy kurami domowymi, pozostaje kwestia w jakim stopniu i na ile my same na to pozwalamy.
fot. demotywatory.pl

W gruncie rzeczy mężczyźni są całkiem pomocni, a to w jakim stopniu realizują się w tak zwanych „kobiecych” pracach domowych zależy tylko od nas. Ostatnio coraz częściej słyszę trzy, bądź co bądź, piękne słowa: podział domowych obowiązków. Oby padały one jak najczęściej, bo jak na razie ogólne przekonanie o tym podziale dopiero raczkuje.

Przyjaciółka powiedziała kiedyś, że w domu brakuje jej jeszcze tylko dwóch rzeczy – zmywarki i ekspresu do kawy. Pomysł niezły, ale sprzęty nie pomogą nam we wszystkim. Kanon domowych obowiązków jest obfity: zmywanie naczyń, po śniadaniu, kawie, obiedzie, podwieczorku, kolacji, wycieranie kurzu, zmywanie podłogi, mycie okien, gotowanie, pieczenie, pranie, prasowanie, podlewanie kwiatów, zakupy… Do tego dziesięć godzin pracy. Dzień rasowej pani domu powinien trwać 60 godzin. Chociaż pewnie i tak znalazłoby się coś do zrobienia.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Anty-baby land


Miejsce o takiej nazwie chciał kiedyś założyć Al. Bundy, głowa amerykańskiej rodzinki, będącej karykaturą modelowego małżeństwa z dziećmi. Chociaż nie mam łysiny, kosmici nie używają moich skarpetek jako paliwa i nie wkładam ręki w gacie, siadając na kanapie (dla mniej domyślnych to kwintesencja „alabundyzmu”), bywa, że marzę o tym samym. Jest kilka powodów, dla których mam ochotę skupić wszystkie wkurzające baby w jednym miejscu i ich stamtąd nie wypuszczać... nigdy...

List do Pana Eks


Cześć Eks!

Piszę do Ciebie, bo wiem, że i tak tego nie przeczytasz. Nie czytałeś moich tekstów nigdy. Kiedyś nawet powiedziałeś mi wprost, że ich nie rozumiesz. Zawsze ceniłam w Tobie tę szczerość.
Na wstępie muszę Ci się do czegoś przyznać. Zapomniałam o Tobie na rok. Pojawił się ktoś inny i Ty nagle przestałeś się liczyć. Przestały mnie budzić w nocy koszmary, w których mówisz do mnie „najgorsze, co mnie spotkało w życiu, to związek z Tobą”. Pamiętasz, jak mi to wyznałeś na plaży w Kołobrzegu? Jakież to było romantyczne i jak bardzo litościwe były spojrzenia naszych wspólnych znajomych... Bo oczywiście, nie mogłeś sobie odpuścić i musiałeś obdarować mnie tymi czułymi słowami przy publice.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Każdy ma jakiegoś bzika!

Każdy ma jakiegoś bzika, 
każdy jakieś hobby ma!
A ja w głowie mam chomika,
kota, myszy oraz psa! 

Dzisiaj z jedną z bliskich mi osób wyrzucałyśmy sobie, jakie bziki ma ta druga. Sporo się tego nazbierało. Napiszę o swoich. Dostałam bowiem zakaz od osoby mi bliskiej do publikowania jej bzików (ot, taki bzik prywatności).


Lista moich  bzików:
1.) w wolnych chwilach stoję pod myjnią samochodową i wącham tamtejszą woń - bardzo lubię kwiatowy zapach płynu, który jest tam używany;
2.) kiedy myję zęby, śpiewam w myślach "sto lat", ze wszystkimi dodatkowymi zwrotkami - doskonały sposób, żeby szczotkować zęby pięć minut;
3.) kiedy mnie coś wkurza nucę pod nosem "Smoke on the water";
4.) raz na kwartał uzupełniam listę "Rzeczy do zrobienia w życiu";
5.) gram w Eurobiznes według własnych zasad (m. in. kradnę pieniądze z banku już przed rozpoczęciem gry);
6.) rysuję wszędzie wielbłądy i wciskam wszystkim kity, że to przynosi szczęście;
7.) panicznie boję się, że wiatr może mnie zepchnąć na ulicę, przez co zginę tragicznie potrącona przez auto. Kiedy wieje wiatr, trzymam się barierek;
8.) zapisuję się na wszystkie możliwe newslettery;
9.) zadaję durne pytania w większych grupach ("powiedzcie, o czym marzycie?"), powodując tym samym niezręczne chwile ciszy;
10.) lubię palić papierosy w różnych pozycjach - pochylona, na brzuchu, przewieszona przez parapet, zwisając z kanapy;
Bzików, schiz, durnot takich mam jeszcze kilka. Wszystkie je bardzo lubię. Wiecie dlaczego? Bo sprawiają, że jestem Holigoli! Dziś pomyślcie o swoich bzikach i podziękujcie im pięknie za to, że są z wami.

Ciao,

Holigoli

Jesteśmy na Facebooku! Polub nas!

sobota, 10 listopada 2012

Wybacz mi - wersja popijacka

Dzisiaj nauczę Was, jak przepraszać faceta po pijackiej imprezie.
Wyróżnijmy dwóch bohaterów tych przeprosin:
ja - niesmacznie pijana
on - obrzydliwie trzeźwy
Miejsce akcji: pub, parking samochodowy, auto (srebrne), jakieś dziwne schody, sklep Żabka.



Pierwsze piwo
Przepraszam Cię, Kochanie, za ten wieczór. Mogłeś się zdziwić, kiedy zamiast pepsi przyniosłam sobie butelkę pierwszego piwa. Ale przecież znasz mnie, jeśli mówię, że tym razem nie piję, to wychodzę nawalona. Mogłeś mieć chociaż podejrzenia, że tym razem będzie podobnie.

czwartek, 8 listopada 2012

Gdyż nie miała co robić


Przypełzłaś, gdy cię w sumie nie chciałam. Było mi w końcu dobrze. Nic nie zakłócało myśli, przebiegu dnia, nie właziło z butami w życie i nie domagało się więcej. Nie ty, nie zapukałaś do drzwi, chlusnęłaś, że wyleciały z ramy! Najpierw patrzyłam na ciebie jak na frajerkę, że niby co tu chcesz, że może już sobie idź, że zostajesz to zbyt późna. Kazałam popukać ci się w czoło i to porządnie. Miałaś się mnie bać, a nie pałętać się pod nogami. Gdybym mogła cię kopnąć, to pewnie bym to zrobiła, ale było mi żal, bo byłaś „bezpańska”.
Pomyślałam, dobra, to zostań. Bo może „przyszłaś wcześniej, gdyż nie miałaś co robić”. Takie małe vertigo jak u Hitchcocka nawet się przyda, o taka tam odskocznia. Kontrolowałam co robisz, żebyś nie hasała jak koń Rafał...Tak mi się zdawało. A kiedy zorientowałam się, że nie odejdziesz i mam przerąbane... zorientowałam się, że jesteś... miłością.

I’m a loser baby...


Piszę o tym, bo mam dość. Mam po dziurki w nosie słuchania jak wam źle, że mało płacą, że warunki nie te, albo, że żadnej pracy nie możecie znaleźć. Szlag mnie trafia, gdy widzę, jak zostajecie członkami „Straconego pokolenia” na popularnym portalu „z twarzą” w tytule. Że niby dlaczego stracone? Bo jest pod górkę, bo akurat mamy przechlapane? A kto obiecywał, że będzie łatwo? Jestem po studiach humanistycznych, po których „z założenia” według niektórych z was pracy mieć nie powinnam. Dostałam ją tydzień po obronie. I to tę, o której marzyłam. Może miałam szczęście, a może po prostu na to zapracowałam. Nie, nie miałam układów, znajomości, wysoko postawionych rodziców (wręcz przeciwnie). Ja po prostu zap...lałam od rana do wieczora, robiąc kolejne praktyki, staże i szukając kontaktów. Bo poza balowaniem na studiach, musiałam pomyśleć, że z czegoś trzeba żyć i teraz i później. Śmiać mi się chciało, gdy słyszałam opinie ludzi z roku „po tych studiach to nic nie będziemy mieć”, „nie ma po tym pracy”. Taaak, jeżeli całe pięć lat żyło się na garnuszki mamusi i wstawało po 12 być może tak będzie.

Kilka miesięcy temu. Spotkanie z koleżanką, dawną znajomą.
 - Szukam pracy, ale nigdzie mnie nie chcą. Wiesz, nie chcę byle czego. Nie pójdę do sklepu, bo ludzie są denerwujący. Trafi się wkurzający klient i co zrobię?
-    Ale ja też mam wkurzających ludzi w pracy. Wszędzie są tacy.
-    Ale tobie zawsze udawało się wszystko, co zaplanowałaś

I wtedy miałam ochotę kopnąć ją z glana. Zasuwanie przed zajęciami, po nich i w wakacje określa terminem „udawało ci się”...Nie rozumiem tego podejścia, nie rozumiem postawy roszczeniowej „należy mi się, bo jestem zarąbistym magistrem”. Ja też jestem magistrem, który zna swoją wartość, ale nie ma poczucia „ociekania zajebistością”, bo skończył studia.
Poza tym, studia kończy też cała masa baranów, którzy nie mają podstawowej wiedzy, za to kolosalne wymagania wobec przyszłych pracodawców.

środa, 7 listopada 2012

Kobiety chcą penetrować Marsa, faceci Wenus - niekoniecznie


Kobiety za wszelką cenę chcą rozgryźć męską psychikę. Pomyślałam o tym siedząc u fryzjera. To rzeczywiście trochę dziwne, ale właśnie  tam przeglądam kolorowe czasopisma. Tak więc i tym razem, relaksując się  i oczekując na finalny efekt trzydziestominutowego "trzymania farby na głowie", wzięłam się za czytanie tych właśnie gazet. Każde z pism, w mniejszym lub większym stopniu, poruszało jeden temat: co zrobić, aby poznać męski punkt widzenia. Fascynujący szereg trików pomagających zrozumieć męską psychikę, męski system komunikacji niewerbalnej. Kobiety to uwielbiają. Chcą poznać każdy detal, aby usidlić faceta, dopasować się do niego. Zastanawiam się tylko, po co? Czy mężczyźni zagłębiają się w tajniki kobiecej psychiki? Oczywiście, że nie. Czy rozumieją kobiecy system znaków, sygnalizujący o naszym zainteresowaniu? Wątpię. Co zabawne, większość z kobiet uczyła się takich właśnie znaków od najlepszej przyjaciółki, ja przynajmniej byłam uczona J Myślę tu o przeczesywaniu włosów, gładzeniu się dłonią po dekolcie, dziwnym wykrzywianiu warg wyćwiczonym do perfekcji…
Dla Marsjanina czarne jest czarne, a białe – po prostu – białe. Tak naprawdę facet, któremu się podobasz wcale nie zwraca uwagi na to, czy dajesz mu specjalne znaki, nie myśli o tym, czy udajesz niedostępną, bo jeśli taka jesteś, dla niego to znak, że właśnie taka jesteś… rozumiecie o co mi chodzi.
Ostatnio przyjaciółka po powrocie z pierwszej randki z zadowoleniem powiedziała, że robiła wszystko to, czego jej zabroniłyśmy [buntowniczka :)] i poruszała tematy, które wskazałyśmy jako ZAKAZANE. Teraz prawie już dwa miesiące jest w szczęśliwym związku. Można?... Można!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Ku pamięci moim przyjaciółkom płci męskiej

Rok temu o tej porze miałam dwóch przyjaciół facetów. Fajnie było ich mieć, bo przyjaźń z facetami jest jednak inna niż przyjaźń z kobietami. Czasami trochę prostsza, bywa bardziej rzeczowa, trochę mniej emocjonalna. W przyjaźni z facetami podobała mi się najbardziej kanciatość naszych relacji. To, że oni potrafili mnie postawić do pionu, bez zbędnego użalanie się nade mną. Z drugiej strony czułam w tych kontaktach sporo czułości, troski, empatii. Kumpel-facet przyjedzie o drugiej w nocy z drugiego końca Polski, jeśli wyrazisz taką potrzebę. Kumpel-facet pójdzie z tobą na wesele, będzie twoim kierowcą i nawet słówkiem nie piśnie, że też lubi wódkę...
Nie będę jednak roztkliwiać się nad zaletami przyjaźni damsko-męskiej, bo właśnie jestem na etapie zastanawiania się, czy takowa w ogóle w przyrodzie występuje. Nie bez powodu użyłam czasu przeszłego w pierwszym zdaniu niniejszego tekstu.
MIAŁAM przyjaciół płci męskiej. Dwóch fajnych, wesołych, zabawnych, bystrych, miłych i strasznie kochanych kumpli. Dzisiaj pozostało mi po nich kilka sms-ów i zabawnych zdjęć z wakacji.  Przyjaźń z nimi skończyła się, gdy ja zaczęłam nowy etap swojego życia, a na mojej drodze stanął mój obecny partner. Uprzedzam zgryźliwych, to nie ja ich olałam i wcale nie miałam dla nich mniej czasu. Dalej do nich dzwoniłam, wysyłałam maile, próbowałam wyciągnąć do kina, próbowałam w ogóle pogadać. Ale między nami była już ściana. A właściwie był wielki foch. Jeden z nich powiedział mi wprost: jestem zdziwiony tymi wszystkimi związkowymi nowinami. I przestał się odzywać. Nie pytali, czy jestem szczęśliwa, nie chcieli poznać mojego faceta, nie chcieli ze mną rozmawiać w ogóle, bo znalazłam sobie faceta.
Kiedy powiedziałam o tym ostatnio mojej koleżance, uśmiechnęła się leciutko i zasugerowała, że oni raczej widzieli się w roli mojego faceta, aniżeli przyjaciela. Dzisiaj wiem, że chyba faktycznie tak było. Wiem też, że oni czują się oszukani, może nawet wykorzystani, ale ja czuję się dokładnie tak samo. Przyjaźniliśmy się przecież! Przyjaciel cieszy się, gdy jego najlepszy kumpel zaczyna układać sobie życie, martwi się, czy aby na pewno jest szczęśliwy, chce poznać wybranka swojego kolegi. Ba! Powinien chcieć też się z tym partnerem polubić. Moi eks przyjaciele faceci zostawili mnie. Odcięli się z dnia na dzień.
Tak, mam im to za złe. Oszukiwali mnie. Czy czuję się winna? Nie, bo ja nie dawałam im sygnałów, że może kiedyś wyrośnie z tego coś więcej, jakieś piękne uczucie. Mieliśmy się tylko kumplować i miało być pięknie. Zamiast tego oni zachowali się, jak baby.

Holigoli

Dobra rada od cioci Holigoli!
Jeśli ktoś Ci się podoba, powiedz mu o tym. Nie zaczynaj przyjaźni, wiedząc, że w następstwie będziesz od tej osoby oczekiwać czegoś więcej. To nie jest uczciwe.

poniedziałek, 29 października 2012

Dobrze czasem dostać kopniaka


Z perspektywy miesięcy jestem w stanie wypowiedzieć całkiem szczerze takie zdanie. Dobrze jest dostać kopniaka w dupę, nawet jeśli początkowo zawalił ci się świat. Jeszcze kilka tygodni temu myślałam zupełnie inaczej. Trudno pogodzić się z tym, że ktoś  potraktował cię jak gówno. Nie boję się tego słowa. Tak niestety się czułam. Praca, której oddałam wiele, zakończyła się w ciągu kilku sekund. „Nigdy nie zostawiłbym pracownika z dnia na dzień bez pracy” słyszałam nie raz z ust byłego pracodawcy.  Cóż, widocznie zmienił zdanie.
Myślisz sobie, to jest to zajęcie, dla której warto się poświęcać, chociaż kasa jest marna i nigdy nie usłyszysz dobrego słowa… Błąd! Oczywiście należy lubić swoją pracę, ale ważny jest też szacunek - dla pracownika, dla wykonywanej przez ciebie pracy, dla samego siebie. Teraz widzę wszystko jaśniej. Przychodzi mi na myśl, że nie warto tkwić w jednym miejscu tylko ze względu na przyzwyczajenie i lęk przez nieznanym.
W całej tej historii dochodzę do jednego wniosku:  ludzie, to oni są najważniejsi w naszym życiu i to właśnie ze względu na nich mój wysiłek coś znaczył. Nie obyło się bez tłumu fałszywych drani, ale warto się z nimi zetknąć, by znaleźć parę wartościowych osób, które są wsparciem przez lata. A może i do końca życia. Bez nich nie dałabym rady.
Długo zbierałam się, żeby to wszystko powiedzieć głośno. Dziś potrafię dostrzec wiele pozytywów i skupić się tylko na nich. I nie chodzi jedynie o przyjaciół, ale o każdą sympatyczną postać, która pojawiła się w moim życiu dzięki poprzedniemu zajęciu, która patrzy z szacunkiem bez względu na wykonywaną pracę. To miłe, że nadal dzwonią, pytają co się dzieje i życzą udanego startu na nowej drodze. To podbudowuje. To daje siłę, by podążać dalej obraną ścieżką. I właśnie to zamierzam zrobić. Po deszczu zawsze wychodzi słońce. Dostrzegam je J

Holidej

niedziela, 28 października 2012

Singielka w związku

Problem mojego związku polega na tym, że jestem singlem. Prawdopodobnie taka już się urodziłam. Dotąd mi to nie przeszkadzało. Prawdopodobnie dlatego, że moje związki nie trwały dłużej niż dwa miesiące. Na tyle wystarczało mnie i facetom, z którymi się spotykałam sił i energii, żeby utrzymywać związek. Bo, tak na marginesie, jeśli jedna osoba dąży do  życia w pojedynkę, to trudno mówić tutaj o budowaniu jakiegokolwiek związku. Można mówić co najwyżej o bardzo przelotnym flircie.
Tym razem jednak trafiłam na faceta, któremu zależy. To jest takie "zależy" pisane z wielkiej litery, bo jemu zależy bardzo. Niesamowity jest w pokazywaniu tego, jak bardzo mu zależy. Gdy zaczynam swoją tyradę zatytułowaną "Musimy się rozstać, bo ja się duszę w związku", on ze stoickim spokojem prezentuje mi wszystkie zalety bycia w związku. Ja tego potrzebuję, bo jestem typem człowieka, który robi analizę SWOT podczas każdej, życiowej decyzji. On, ten mój dobry facet, jako pierwszy zaczął szanować moją wolność. Daje mi jej tyle, ile potrzebuję. Czasami, kiedy jestem już naprawdę zdesperowana i naprawdę czuję potrzebę, żeby od niego odejść, on mi na to pozwala. Mówi: "no dobrze, rozstańmy się". Rozstajemy się i pierwsze chwile są cudowne, bo ja wracam do spełniania wszystkich singielskich postanowień. Bardzo szybko przychodzą jednak chwile dramatyczne, pełne czerni, w których uświadamiam sobie, że mam swoją wolność, ale nie mam jego. Mój facet pozwala mi do siebie wracać. Czeka na mnie i śmieje się, że wiedział, że wrócę. Nie wypomina mi tych chwil. Akceptuje je, bo wie, że to część mnie. Te wahania nastroju nie wynikają z tego, że ja go nie kocham. One powstają na myśl, że będę w tym związku do końca życia, że nic się nie zmieni, że w tej sferze życia osiągnę constans. 
Po co to piszę? Bo myślę, mam ogromną nadzieję, że jest na świecie jeszcze jedna osoba, która ma tak samo i też jest singlem w związku. Chciałabym móc powiedzieć mojemu facetowi: "no widzisz, mnóstwo kobiet ma ten problem". Chciałabym też, żeby kobietom, które mają ten problem udało się trafić na takiego faceta, jak mój.  

Holigoli 



czwartek, 25 października 2012

Śnieżka i fighterka, ad. do depresji Holigoli


Tik tak, tik tak – gasiłam światło w pokoju, a zegar zasuwał i robił się ranek zanim zamknęłam oczy. Próbowałam zasnąć i nie myśleć o tym, że jutro znowu coś MUSZĘ. Wstawałam zmęczona jakbym przebiegła maraton. „Rzygałam” na samą myśl o tym, że mam wykaraskać się z łóżka i iść do pracy, która nie tak dawno przecież była moją pasją. Próbowałam nawet coś robić, ale jechałam na oparach paliwa. Zawalałam terminy, spotkania. I miałam to centralnie w dupie. Miewałam już wcześniej mniejsze i większe problemy tzw. „doliny”. I żeby było jasne nie jestem osobą, która przejmuje się drobiazgami, albo wymyśla trudności. Pojawiły się same i był ich ogrom. Nie dałam rady tym razem. Wiedziałam, że jest bardzo nie tak, że za chwilę nie wytrzymam stanu ciągłego zmęczenia. Stwierdziłam, że trzeba się podnieść i może iść do „lekarza od czubków”, zwanego psychologiem. Poradziłam się koleżanki, która też skorzystała z takiej pomocy. Niby kobieta była miła, wysłuchała, doradziła, a nawet coś przepisała. Z koleżanką było lepiej. Umówiłam wizytę – refundowaną. Termin wyznaczono za kilka tygodni, na wydawanie kilku stów prywatnie nie mogłam sobie pozwolić. Myślałam, że nie dotrwam, odliczałam dni.
W końcu nadszedł ten dzień, cholernie mroźny. Przychodnia w kolorze szaro-burym w miejscu, gdzie kiedyś był duży zakład w PRL-u. Wielki, długi korytarz, dziesiątki ludzi czekających do lekarzy do wszystkiego. Odczekałam swoje i weszłam do pokoju przypominającego salę tortur z horroru klasy C. Za małym biurkiem siedziała mała istotka w okularach na nosie. Miałam takie ciśnienie, że wyrzuciłam z siebie wszystko jednym tchem, myśląc, że poczuję ulgę, przecież ona mi pomoże. A tu...się okazało, że...
Pani psycholog miała gotową formułkę. Skąd wiem? Bo tę samą powiedziała mojej koleżance, mającej zupełnie inne problemy. Potem usłyszałam słowa, które hmm były tak groteskowe, że myślałam, że pani psycholog sobie robi zwyczajne jaja. Miałam zwizualizować swoje problemy, a potem wyjść na śnieg i rzucić w nie kulką. Nie, to nie jest żart. Poczułam jakbym dostała obuchem w głowę. Że k... co? Żyć mi się nie chce kobieto, a ty mi tu mówisz o śnieżkach... Wyszłam i ryczałam. Czułam się beznadziejnie, co dziwnym nie jest. Kiedy o tym wszystkim myślałam, zachciało mi się śmiać, (jestem fanką czarnego humoru). Stwierdziłam, że jeżeli nie wezmę się w garść, to nie pomoże mi nikt. Brutalnie, ale skutecznie. Ciężko pracowałam na wszystko, co miałam i nie mogłam tego stracić. I z czasem udało mi się podnieść.
Nie wiem, czy to była depresja, czy głęboka „dolina”. Nigdy więcej nie było mi tak źle. Jestem fighterką i dałam radę sama. Musiałam. Teraz wiem, że poradzę sobie ze wszystkim. Pierwszy raz w życiu jest mi dobrze ze sobą.

Peszek nagrała płytę. OK. W programie u Kuby Wojewódzkiego powiedziała, że to nie była depresja, a załamanie nerwowe. Szczerze, czy dla ludzi, którzy czują, że „nie ogarniają”, ma to takie znaczenie? Po prostu jest bardzo źle. Zresztą, płyty posłuchają kobiety w dużych miastach, pewna jakaś „grupa docelowa”. Moja starsza sąsiadka, której zmarł mąż pójdzie do „tej” pani psycholog, bo nie ma wyjścia. Potem stwierdzi, że lepiej wyjść na spacer z psem.

Alcatraz

poniedziałek, 22 października 2012

Peszek przypomniała mi o depresji

Peszek swoją nową płytą (znakomitą i do bólu szczerą) przypomniała mi o mojej depresji. O tym, jak przychodziłam z pracy, kładłam się na łóżku, patrzyłam na puste miejsce po obrazku na ścianie i zmawiałam pośpiesznie pacierze, żeby się już nie obudzić. To trwało cztery miesiące. Miałam dwadzieścia jeden lat.
Gdy mówiłam o tym bliskim, w odpowiedzi słyszałam, że mam się ogarnąć. Ogarniałam się w stopniu minimalnym. Myłam zęby, jadłam coś-tam, czesałam włosy w ciasno spięty kucyk, nosiłam ciepłe swetry i dwie pary jeansów na zmianę. Życie składało się z obrzydliwych poranków, długich, popołudniowych zmierzchów i zbyt krótko trwających nocy. Patrzyłam w oczy osób, które kochałam i widziałam w nich swoje smutne, poszarzałe oblicze. Nie pomagało słuchanie o tym, że inni mają gorzej. Wtedy ja miałam najgorzej na świecie. Tak przynajmniej myślałam i tak chciałam myśleć.
Nie pamiętam momentu zwrotnego. Po prostu się skończyło. Chyba miałam farta, że skończyło się dobrze i szczęśliwie. Że nie miałam odwagi użyć czterech, skrupulatnie przechowywanych opakowań środków przeciwbólowych. Że nie miałam siły wejść do zimnej rzeki i już z niej nie wychodzić.
Nie pomógł mi wtedy nikt. Rodzina nie rozumiała, myśleli, że histeryzuję na swoim punkcie. Znajomych nie było, odpuściłam ich sobie wtedy, a oni mnie nie szukali. Faceta nie miałam, nie potrzebowała balastu napompowanego testosteronem. W pracy udawałam, że jest dobrze i że dręczy mnie przewlekłe niewyspanie. Nie znałam instytucji, organizacji, ludzi, do których mogłabym się zgłosić ze swoim problemem.
Jakoś dziwnie, ale mój problem zniknął sam. Drugi raz się nie powtórzył. Ale w każdej chwili może. A ja nie jestem pewna, czy teraz byłabym na to przygotowana, bo nadal nie umiem o tym rozmawiać. Potrzeba nam takich ludzi, jak Peszek, którzy nauczą nas o tym rozmawiać i przełamią tabu.      
Holigoli


Źródło: youtube.com



sobota, 29 września 2012

Każdy zna taką Darię, czyli ważne urodziny

Nie miałam siostry. Przynajmniej takiej biologicznej. Zamiast tego po ponad dwudziestu latach życia na mojej drodze stanęła Daria. Najlepsza, starsza siostra, jaką mogłam sobie wymarzyć. Od razu ją pokochałam, bo była niesamowicie pochrzaniona. Potargana, trochę punkrockowa, ale z duszą starego rock'n'rollowca. Przyszła do mojej pracy i zastrzeliła mnie swoją bystrością, ciętą ripostą, uporem i wytrwałością. W pierwszej chwili Darii możesz się trochę bać, bo to nie jest typ "jestem milusia i słodka". Jest to jednak jedna z najlepszych kobiet, jakie chodziły po tej ziemi. To ona, co piątek pogina w szpilkach pomagać babci, która nawet jej babcią nie jest. To ona przygarnęła bitego przez rodzinę z cyklu "patola" psa, który przy niej jest najszczęśliwszym zwierzakiem na świecie. To ona pomaga bezdomnym, odwiedza ich w ich niefajnie pachnących melinach. To ona dźwiga zimą koc i 10 kilogramów karmy dla psów ze schroniska. I to ona, gdy mam jakikolwiek problem potrafi wysłuchać, a potem nastrzelać mi i potrząsnąć mną tak jak trzeba, bo ona wie, jak wyciąga się człowieka z doliny. Bo ona z tej doliny też wiele razy musiała wychodzić. Sama. Bo życie Darii nie było jakimiś rurkami z kremem. Pewnie dlatego dziś jest to jedna z najsilniejszych dwudziestoparolatek, jakie znam. Dziś, jest to też kobieta, która zaczyna wychodzić na prostą. Bo ja wiem, że tak jest. To dobrze, bo nikomu się nie należy trochę szczęścia, tak jak jej się to należy. To ona wygląda dzisiaj jak milion zielonych dolarów, grając przy okazji na nosie wszystkim swoim zatęchłym eks i nie za bardzo udanym koleżkom. Móc ją poznać, przebywać z nią, pracować, jeździć na koncerty, pić piwo, śpiewać, tańczyć w pustym lokalu w sylwestrową noc, to dla mnie ogromny zaszczyt i wyróżnienie. Życzę wszystkim, żeby mogli kiedyś poznać kogoś takiego, jak Daria. A ja mojej Darii życzę sto lat! Jeśli jeszcze jest coś nie tak, jak być powinno, to wiedz, że to się zmieni i ułoży. Ty to zmienisz i ułożysz, bo potrafisz. Cieszę się i jaram Twoim szczęściem, jakby to było moje szczęście. W pewnym sensie jest. Jesteś w końcu moją siostrą. Mądrą, śliczną i zabawną.

wtorek, 25 września 2012

Amatorki zakupów, łączcie się!


Dobrze, może przesadziłam, to brzmi trochę jak manifest komunistyczny… To może inaczej. Szukam zrozumienia. Czy zakupoholizm i czerpanie przyjemności z nowej pary butów to nie dwie zupełnie różne kwestie? Fakt, zakupy sprawiają mi ogromną przyjemność, ale nie oznacza to, że jestem zakupoholiczką...

fot.  google.pl
Czas nazwać rzeczy po imieniu: zakupoholizm to choroba! Z definicji objawia się nieustanną potrzebą kupowania, bardzo często tych rzeczy, których wcale nie potrzebujemy. Jak wyczytałam w jednej mądrej książce, niemożliwości dokonania zakupu towarzyszy rozżalenie i nieopanowane wybuchy złości. Utrudniająca życie mania zakupów sprawia, że chory nawet kilka razy dziennie odwiedza butiki i kupuje zupełnie niepotrzebne fanty, doprowadzając siebie i bliskich do finansowej ruiny.
Oczywiście, alkoholik nie przyzna, że pije za dużo, a dla palacza jeden papieros więcej nie oznacza tragedii, jednak od amatorki zakupów do zakupoholiczki, u której występują wspomniane objawy jeszcze daleka droga. Nowe ciuchy i buty nie są - rzecz jasna - najważniejsze i to absolutnie nie podlega dyskusji, jednak której z nas nie sprawia przyjemności kupno nowej sukienki, pary czerwonych szpilek, czy owocowego balsamu do ciała. Raj dla ciała i duszy. Dlaczego mamy rezygnować z małych przyjemności? Kobieta, wbrew dawnym przyzwyczajeniom ma własne zarobki, własne oszczędności i ochotę na spełnianie własnych drobnych zachcianek. 
- Widziałam tę bluzkę na wystawie i musiałam ją kupić, mówiła „weź mnie” – usłyszałam w rozmowie z przyjaciółką i pomyślałam, że często zdarza mi się słyszeć owe „weź mnie”, ale to dobry objaw, bo zazwyczaj właśnie rzeczy kupione w ten sposób są naszymi ulubionymi. Tak więc z umiarem, ale i z myślą o sobie. Co prawda jest nam trudniej, kiedy każdego dnia narażone na kuszenie sklepowych witryn wypełniamy nadany nam przez mężczyzn „kobiecy” obowiązek codziennych zakupów. Ale jeżeli kiedykolwiek któryś z panów poczęstuje nas uwagą w stylu „Po co ci kolejna para butów? Znów kupiłaś nowe spodnie, przecież tamte są jeszcze dobre…” zawsze możemy powołać się na swoją słabą kobiecą wolę i nasz zakupowy obowiązek może stać się totalnie męskim obowiązkiem.

Holidej


sobota, 22 września 2012

Spieprzaj dziadu


Cytuję tu „klasyka” nie żeby pisać o polityce. Robię to, bo wczoraj, gdy zajrzałam na pewien portal, zobaczyłam wiadomość od mojego X. I krew mnie zalała, znowu. Zachodzę w głowę, dlaczego człowiek, z którym spędziło się ładnych parę lat, a który potem nie umiał się nawet kulturalnie rozstać, po raz kolejny się do mnie odezwał. Why me? Odezwał się mimo tego, że wcześniej został zasłużenie spoliczkowany i sponiewierany. Okazał się po prostu męską gnidą. Ileż to razy w myślach obmyślałam dla niego różnorakie tortury – nie obyło się bez wizji ze wkłuwaniem zardzewiałego widelca w jądra i przekręcaniem go w różne strony. A X nadal pisze, zaczepia ....

Przygotowałam więc kilka zasad, dla męskich debili, którzy nie rozumieją, gdy mówimy „umieraj stąd”.
Drogi półmózgu, który skrzywdziłeś kobietę (W sumie masz dwa „mózgi”, ale żaden nie działa poprawnie)

1 Kiedy wymierzamy ci „policzek”, lub nawet wiele, to nie dlatego, że kręci nas SM lub chcemy pozbyć się tzw. „motylków”.
2 Kiedy blokujemy cię na komunikatorze internetowym, uwierz, to naprawdę nie dlatego, że przez przypadek robiąc manicure nad klawiaturą, wcisnęłyśmy guzik „zablokuj kontakt”.
3 Kiedy mając dość twoich gierek i kłamstw, mamy naprawdę dość i mówimy „wypieprzaj z mojego życia”, nie gramy niedostępnych, to nie telenowela do cholery. Masz iść gdzie pieprz rośnie! Tyle w temacie.
4 Kiedy zmieniamy numer telefonu, to nie dlatego, że inna sieć akurat miała bajerancki model po super okazyjnej cenie. I tak nowego numeru nie zdobędziesz, idioto.
5 Nie pisz błagalnych maili w środku nocy, że życie ci się nie udało, kobieta zostawiła, świat jest be, a ty taki samotny – ja w tym czasie uprawiam dziki seks z moim nowym, fajnym facetem, albo obżeram się lodami, albo i jedno i drugie. Wal się. Czy po punktach od 1 do 4, naprawdę nie wierz, że obchodzisz mnie tyle, co krosta na tyłku mojej nauczycielki z pierwszej klasy podstawówki?
6 Kiedy mnie widzisz na ulicy, nie mierz mnie od góry do dołu i nie uśmiechaj się jak zboczeniec stojący w parku w płaszczu i skarpetkach. Może ty myślisz i czujesz penisem. Ja mam serce.

piątek, 21 września 2012

Czasami, jak dziwka

Kiedy mój facet martwi się, że jest strasznym pantoflarzem i że kumple się będą z niego nabijać, jak jeszcze raz pójdzie ze mną na melodramat do kina, tłumaczę mu ze stoickim spokojem "Kochanie, każdy prawdziwy mężczyzna jest w pewnym stopniu pantoflarzem, tak samo, jak każda prawdziwa kobieta jest trochę dziwką". On wtedy uspokaja się. Patrzy na mnie z uwielbieniem i wiem, że czeka, aż przepotworzę się w dziwkę. Jego osobistą dziwkę, oczywiście. Bo o żadnym puszczaniu się na boki nie ma mowy.
Tak naprawdę, ja nie czuję się ani trochę dziwką. Nie czuję też, żeby mój partner był pantoflarzem. Wiem jednak, że faceta można urobić słowem, jak plastelinową figurkę palcami.
Bo jak mówię facetowi, że czuję się dziś wyjątkowo ładna, on widzi we mnie miss universe. Ale jak mu powiem, że odkładam kasę na operację nosa, to jest prawie pewne, że pewnej nocy on powie mi do uszka "może ta operacja, to nie jest taki głupi pomysł...". Jak powiem facetowi, że nasza wspólna koleżanka Magda ma nogi do sufitu, przy następnej okazji, on zeskanuje oczami nogi rzeczonej Magdy, zanim ona pojawi się dobrze w drzwiach. Jeśli mu wyznam, że mam cellulit na nogach, na urodziny dostanę krem antycellulitowy.
Zasada jest prosta - facet nie widzi, dopóki nie zostanie mu powiedziane. Kobiety dziwią się, że faceci żyją wśród porozrzucanych skarpetek. Żyją, bo o nich nie wiedzą. Trzeba im powiedzieć "skarpetki zostały porozrzucane". Wówczas facet rozgląda się dookoła i stwierdza "skarpetki są rozrzucone". I ewentualnie je zbiera.
Facet nie rozumie, co dzieje się w głowie kobiety. To jest dla niego temat niepojęty. On nie wie, co ona przeżywa, gdy on siedzi do rana z kumplami w knajpie i nie odbiera telefonu. A kobieta myśli w ten sposób: on siedzi w knajpie -> nie ma czasu odebrać -> dobrze się bawi -> poznał kogoś -> pewnie jakąś kobietę -> pewnie jest ładniejsza ode mnie -> i chudsza! -> gadają sobie -> on patrzy jej w cycki -> pewnie ma duże cycki -> tak jak Ewa -> ciekawe, czy Ewa zrobiła sobie tę operację powiększenia -> dlaczego on nie odbiera? -> zjadłabym ciastko -> on na bank mnie właśnie zdradza -> w lodówce są lody czekoladowe -> pewnie poszli do niej -> jeśli mnie zdradza, mam nadzieję, że ona ma kiłę -> litr lodów może nie wystarczyć -> mogłam go nie puścić do tej knajpy -> zadzwonię do mamy -> jutro rano lepiej -> zadzwonię do niego -> lody z chipsami smakują dziwnie, ale dobrze -> dalej nie odbiera -> to koniec z nami -> mama mówiła, że on nie jest mnie wart -> zacznę wszystko od początku -> zapiszę się na boks -> a jutro pójdę biegać -> dlaczego on mi to zrobił?! -> było nam razem tak dobrze -> nienawidzę go -> już za nim tęsknię!!! -> zadzwonię ostatni raz -> nie mogę znaleźć telefonu -> chcę mi się spać...
Kobiety dużo myślą. Faceci tego nie rozumieją. Mój facet też nie. Jak skaczę z tematu sosu bolońskiego na sytuację w Sudanie, ma grymas na twarzy, jakbym go lała. On wie, że ja nim manipuluję i potrafię wmówić mu takie rzeczy, że sam Panbóg by tego nie ogarnął. Ja wiem, że dzięki temu mam nad nim władzę. To uczucie sprawia, że czasami, tylko czasami czuję się podle. Niemal, jak dziwka.

Holigoli