sobota, 29 września 2012

Każdy zna taką Darię, czyli ważne urodziny

Nie miałam siostry. Przynajmniej takiej biologicznej. Zamiast tego po ponad dwudziestu latach życia na mojej drodze stanęła Daria. Najlepsza, starsza siostra, jaką mogłam sobie wymarzyć. Od razu ją pokochałam, bo była niesamowicie pochrzaniona. Potargana, trochę punkrockowa, ale z duszą starego rock'n'rollowca. Przyszła do mojej pracy i zastrzeliła mnie swoją bystrością, ciętą ripostą, uporem i wytrwałością. W pierwszej chwili Darii możesz się trochę bać, bo to nie jest typ "jestem milusia i słodka". Jest to jednak jedna z najlepszych kobiet, jakie chodziły po tej ziemi. To ona, co piątek pogina w szpilkach pomagać babci, która nawet jej babcią nie jest. To ona przygarnęła bitego przez rodzinę z cyklu "patola" psa, który przy niej jest najszczęśliwszym zwierzakiem na świecie. To ona pomaga bezdomnym, odwiedza ich w ich niefajnie pachnących melinach. To ona dźwiga zimą koc i 10 kilogramów karmy dla psów ze schroniska. I to ona, gdy mam jakikolwiek problem potrafi wysłuchać, a potem nastrzelać mi i potrząsnąć mną tak jak trzeba, bo ona wie, jak wyciąga się człowieka z doliny. Bo ona z tej doliny też wiele razy musiała wychodzić. Sama. Bo życie Darii nie było jakimiś rurkami z kremem. Pewnie dlatego dziś jest to jedna z najsilniejszych dwudziestoparolatek, jakie znam. Dziś, jest to też kobieta, która zaczyna wychodzić na prostą. Bo ja wiem, że tak jest. To dobrze, bo nikomu się nie należy trochę szczęścia, tak jak jej się to należy. To ona wygląda dzisiaj jak milion zielonych dolarów, grając przy okazji na nosie wszystkim swoim zatęchłym eks i nie za bardzo udanym koleżkom. Móc ją poznać, przebywać z nią, pracować, jeździć na koncerty, pić piwo, śpiewać, tańczyć w pustym lokalu w sylwestrową noc, to dla mnie ogromny zaszczyt i wyróżnienie. Życzę wszystkim, żeby mogli kiedyś poznać kogoś takiego, jak Daria. A ja mojej Darii życzę sto lat! Jeśli jeszcze jest coś nie tak, jak być powinno, to wiedz, że to się zmieni i ułoży. Ty to zmienisz i ułożysz, bo potrafisz. Cieszę się i jaram Twoim szczęściem, jakby to było moje szczęście. W pewnym sensie jest. Jesteś w końcu moją siostrą. Mądrą, śliczną i zabawną.

wtorek, 25 września 2012

Amatorki zakupów, łączcie się!


Dobrze, może przesadziłam, to brzmi trochę jak manifest komunistyczny… To może inaczej. Szukam zrozumienia. Czy zakupoholizm i czerpanie przyjemności z nowej pary butów to nie dwie zupełnie różne kwestie? Fakt, zakupy sprawiają mi ogromną przyjemność, ale nie oznacza to, że jestem zakupoholiczką...

fot.  google.pl
Czas nazwać rzeczy po imieniu: zakupoholizm to choroba! Z definicji objawia się nieustanną potrzebą kupowania, bardzo często tych rzeczy, których wcale nie potrzebujemy. Jak wyczytałam w jednej mądrej książce, niemożliwości dokonania zakupu towarzyszy rozżalenie i nieopanowane wybuchy złości. Utrudniająca życie mania zakupów sprawia, że chory nawet kilka razy dziennie odwiedza butiki i kupuje zupełnie niepotrzebne fanty, doprowadzając siebie i bliskich do finansowej ruiny.
Oczywiście, alkoholik nie przyzna, że pije za dużo, a dla palacza jeden papieros więcej nie oznacza tragedii, jednak od amatorki zakupów do zakupoholiczki, u której występują wspomniane objawy jeszcze daleka droga. Nowe ciuchy i buty nie są - rzecz jasna - najważniejsze i to absolutnie nie podlega dyskusji, jednak której z nas nie sprawia przyjemności kupno nowej sukienki, pary czerwonych szpilek, czy owocowego balsamu do ciała. Raj dla ciała i duszy. Dlaczego mamy rezygnować z małych przyjemności? Kobieta, wbrew dawnym przyzwyczajeniom ma własne zarobki, własne oszczędności i ochotę na spełnianie własnych drobnych zachcianek. 
- Widziałam tę bluzkę na wystawie i musiałam ją kupić, mówiła „weź mnie” – usłyszałam w rozmowie z przyjaciółką i pomyślałam, że często zdarza mi się słyszeć owe „weź mnie”, ale to dobry objaw, bo zazwyczaj właśnie rzeczy kupione w ten sposób są naszymi ulubionymi. Tak więc z umiarem, ale i z myślą o sobie. Co prawda jest nam trudniej, kiedy każdego dnia narażone na kuszenie sklepowych witryn wypełniamy nadany nam przez mężczyzn „kobiecy” obowiązek codziennych zakupów. Ale jeżeli kiedykolwiek któryś z panów poczęstuje nas uwagą w stylu „Po co ci kolejna para butów? Znów kupiłaś nowe spodnie, przecież tamte są jeszcze dobre…” zawsze możemy powołać się na swoją słabą kobiecą wolę i nasz zakupowy obowiązek może stać się totalnie męskim obowiązkiem.

Holidej


sobota, 22 września 2012

Spieprzaj dziadu


Cytuję tu „klasyka” nie żeby pisać o polityce. Robię to, bo wczoraj, gdy zajrzałam na pewien portal, zobaczyłam wiadomość od mojego X. I krew mnie zalała, znowu. Zachodzę w głowę, dlaczego człowiek, z którym spędziło się ładnych parę lat, a który potem nie umiał się nawet kulturalnie rozstać, po raz kolejny się do mnie odezwał. Why me? Odezwał się mimo tego, że wcześniej został zasłużenie spoliczkowany i sponiewierany. Okazał się po prostu męską gnidą. Ileż to razy w myślach obmyślałam dla niego różnorakie tortury – nie obyło się bez wizji ze wkłuwaniem zardzewiałego widelca w jądra i przekręcaniem go w różne strony. A X nadal pisze, zaczepia ....

Przygotowałam więc kilka zasad, dla męskich debili, którzy nie rozumieją, gdy mówimy „umieraj stąd”.
Drogi półmózgu, który skrzywdziłeś kobietę (W sumie masz dwa „mózgi”, ale żaden nie działa poprawnie)

1 Kiedy wymierzamy ci „policzek”, lub nawet wiele, to nie dlatego, że kręci nas SM lub chcemy pozbyć się tzw. „motylków”.
2 Kiedy blokujemy cię na komunikatorze internetowym, uwierz, to naprawdę nie dlatego, że przez przypadek robiąc manicure nad klawiaturą, wcisnęłyśmy guzik „zablokuj kontakt”.
3 Kiedy mając dość twoich gierek i kłamstw, mamy naprawdę dość i mówimy „wypieprzaj z mojego życia”, nie gramy niedostępnych, to nie telenowela do cholery. Masz iść gdzie pieprz rośnie! Tyle w temacie.
4 Kiedy zmieniamy numer telefonu, to nie dlatego, że inna sieć akurat miała bajerancki model po super okazyjnej cenie. I tak nowego numeru nie zdobędziesz, idioto.
5 Nie pisz błagalnych maili w środku nocy, że życie ci się nie udało, kobieta zostawiła, świat jest be, a ty taki samotny – ja w tym czasie uprawiam dziki seks z moim nowym, fajnym facetem, albo obżeram się lodami, albo i jedno i drugie. Wal się. Czy po punktach od 1 do 4, naprawdę nie wierz, że obchodzisz mnie tyle, co krosta na tyłku mojej nauczycielki z pierwszej klasy podstawówki?
6 Kiedy mnie widzisz na ulicy, nie mierz mnie od góry do dołu i nie uśmiechaj się jak zboczeniec stojący w parku w płaszczu i skarpetkach. Może ty myślisz i czujesz penisem. Ja mam serce.

piątek, 21 września 2012

Czasami, jak dziwka

Kiedy mój facet martwi się, że jest strasznym pantoflarzem i że kumple się będą z niego nabijać, jak jeszcze raz pójdzie ze mną na melodramat do kina, tłumaczę mu ze stoickim spokojem "Kochanie, każdy prawdziwy mężczyzna jest w pewnym stopniu pantoflarzem, tak samo, jak każda prawdziwa kobieta jest trochę dziwką". On wtedy uspokaja się. Patrzy na mnie z uwielbieniem i wiem, że czeka, aż przepotworzę się w dziwkę. Jego osobistą dziwkę, oczywiście. Bo o żadnym puszczaniu się na boki nie ma mowy.
Tak naprawdę, ja nie czuję się ani trochę dziwką. Nie czuję też, żeby mój partner był pantoflarzem. Wiem jednak, że faceta można urobić słowem, jak plastelinową figurkę palcami.
Bo jak mówię facetowi, że czuję się dziś wyjątkowo ładna, on widzi we mnie miss universe. Ale jak mu powiem, że odkładam kasę na operację nosa, to jest prawie pewne, że pewnej nocy on powie mi do uszka "może ta operacja, to nie jest taki głupi pomysł...". Jak powiem facetowi, że nasza wspólna koleżanka Magda ma nogi do sufitu, przy następnej okazji, on zeskanuje oczami nogi rzeczonej Magdy, zanim ona pojawi się dobrze w drzwiach. Jeśli mu wyznam, że mam cellulit na nogach, na urodziny dostanę krem antycellulitowy.
Zasada jest prosta - facet nie widzi, dopóki nie zostanie mu powiedziane. Kobiety dziwią się, że faceci żyją wśród porozrzucanych skarpetek. Żyją, bo o nich nie wiedzą. Trzeba im powiedzieć "skarpetki zostały porozrzucane". Wówczas facet rozgląda się dookoła i stwierdza "skarpetki są rozrzucone". I ewentualnie je zbiera.
Facet nie rozumie, co dzieje się w głowie kobiety. To jest dla niego temat niepojęty. On nie wie, co ona przeżywa, gdy on siedzi do rana z kumplami w knajpie i nie odbiera telefonu. A kobieta myśli w ten sposób: on siedzi w knajpie -> nie ma czasu odebrać -> dobrze się bawi -> poznał kogoś -> pewnie jakąś kobietę -> pewnie jest ładniejsza ode mnie -> i chudsza! -> gadają sobie -> on patrzy jej w cycki -> pewnie ma duże cycki -> tak jak Ewa -> ciekawe, czy Ewa zrobiła sobie tę operację powiększenia -> dlaczego on nie odbiera? -> zjadłabym ciastko -> on na bank mnie właśnie zdradza -> w lodówce są lody czekoladowe -> pewnie poszli do niej -> jeśli mnie zdradza, mam nadzieję, że ona ma kiłę -> litr lodów może nie wystarczyć -> mogłam go nie puścić do tej knajpy -> zadzwonię do mamy -> jutro rano lepiej -> zadzwonię do niego -> lody z chipsami smakują dziwnie, ale dobrze -> dalej nie odbiera -> to koniec z nami -> mama mówiła, że on nie jest mnie wart -> zacznę wszystko od początku -> zapiszę się na boks -> a jutro pójdę biegać -> dlaczego on mi to zrobił?! -> było nam razem tak dobrze -> nienawidzę go -> już za nim tęsknię!!! -> zadzwonię ostatni raz -> nie mogę znaleźć telefonu -> chcę mi się spać...
Kobiety dużo myślą. Faceci tego nie rozumieją. Mój facet też nie. Jak skaczę z tematu sosu bolońskiego na sytuację w Sudanie, ma grymas na twarzy, jakbym go lała. On wie, że ja nim manipuluję i potrafię wmówić mu takie rzeczy, że sam Panbóg by tego nie ogarnął. Ja wiem, że dzięki temu mam nad nim władzę. To uczucie sprawia, że czasami, tylko czasami czuję się podle. Niemal, jak dziwka.

Holigoli

niedziela, 26 sierpnia 2012

Do Rudej!

Ten post nie będzie odezwą do narodu, nie będzie też żadnym podsumowaniem, ani analizą. Będzie postem, którego wyrzucam z siebie od tygodnia. W całości dedykuję go Rudej.

Z Rudą pracowałam dwa lata. Jest  ode mnie młodsza, więc szybko się przyjęło, że traktowałyśmy się na zasadach ona - młodsza siostra, ja - starsza siostra. Ze względu na moją rolę w tej relacji, często dawałam jej popalić, żeby wiedziała, jak życie potrafi dać w kość. Dzisiaj tego żałuję, bo powinnam była otaczać ją troską i opieką. Jak na starszą siostrę przystało. Mimo mojej postawy kata, Ruda dawała radę. Łapała wiele rzeczy w mig. Była bystra i miała poczucie humoru, a to się w ludziach ceni. Potrafiła się odgryźć na moją złośliwość wymierzoną w nią po raz enty tego samego dnia. Ale potrafiła też pocieszyć mnie, gdy po raz setny przekombinowałam z jakimś facetem, który miał być tym wymarzonym. Choć była ruda, a rudym się z zasady nie ufa, to ja mojej Rudej zaufać mogłam.
I co ważne, a o czym często kobiety nie mówią, to z Rudą się dobrze wódkę piło. Co prawda po wódce jej się odzywały zapędy biseksualne i zdarzało jej się zaczynać mnie całować, ale i tak była całkiem spoko. Teraz żałuję, że tak mało tej wódki wypiłyśmy. W ogóle żałuję, że tak mało razem zrobiłyśmy, ale mam nadzieję, że jeszcze zrobimy.
Dziś, jak siedzę w pracy, to czasem łapię się na tym, że odwracam się w kierunku biurka Rudej i chcę jej powiedzieć coś zabawnego albo zapytać o coś ważnego. Chwilę później orientuję się, że Rudej przy tym biurku nie ma. Mina mi szybko rzednie.
Jeśli kiedyś miałabym szukać sobie współpracowników, to na mojej krótkiej liście możliwych kandydatów znalazłaby się Ruda. Bo jest niesamowita.

Holigoli

P.S. Ruda, pamiętaj - coś się kończy, coś zaczyna. Jak mawiał Grohl, perkusista Nirvany, podczas zmian nie można zaglądać w lusterko wsteczne. Trzeba po prostu jechać do przodu.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Syndrom Bridget Jones


Miałaś w życiu taki moment, kiedy wydawało ci się, że twoja codzienność to stek wpadek i krępujących sytuacji? Przykładów nie trzeba szukać daleko. Życie dostarcza nam ich mnóstwo i to każdego dnia. Konkret? Rozmawiasz o znajomej, która nie należy do grona tych ulubionych… ok, nazwijmy rzeczy po imieniu - obgadujesz znajomą, za którą nie przepadasz, jednak (zaznaczmy) spotykasz ją na co dzień i musisz zachować relacje co najmniej przyzwoite, gdy okazuje się, że wspomniana znajoma stoi za twoimi plecami właśnie w momencie, w którym zaczynasz o niej mówić. Idźmy dalej. Umawiasz się z nowo poznanym facetem, chcesz być śliczna i wkładasz obcisłą sukienkę, chociaż wiesz, że już dawno znalazła się na liście rzeczy do założenia po zastosowaniu kilkudniowej diety. Siadasz, aż tu nagle - w najmniej spodziewanej chwili - sukienka pęka w szwach... Ile razy potknęłaś się w sali pełnej ludzi, kiedy oczy wielu skierowane były właśnie na ciebie? Ile razy poplamiłaś się podczas służbowej kolacji? Ile razy niezdarnie zahaczyłaś rajstopy i paradowałaś z wielką dziurą na kolanie, łydce, udzie… Nigdy nie zapomnę, jak zmywałam ptasie odchody z włosów koleżanki, która za minutę miała poprowadzić uroczystość, najważniejszą w swojej dotychczasowej karierze. Zażenowanie, wstyd, upokorzenie, rozpacz. Właśnie to się wtedy czuje. Sama dobrze o tym wiem. Masz ochotę zapaść się pod ziemię. Ale mija tydzień – w najgorszym wypadku kilka miesięcy – i śmiejesz się do rozpuku z pękniętej sukienki, o której wspominasz z mężczyzną, który okazał się tym jedynym, śmiejesz się z plam na ubraniu, wszystkich potknięć, nawet z ptasiej kupy na włosach, czy z tego, że idąc ulicą zamyśliłaś się i uderzyłaś w znak – to z mojej prywatnej kolekcji niezdarności. Powiem tylko, że  nie warto z tym walczyć. Recepta jest jedna: ucz się śmiać, zachowaj dystans do samej siebie. Syndrom Bridget Jones będzie ci towarzyszył przez całe życie. Tak, Bridget, postaci o prawdopodobnie największej liczbie życiowych wpadek, ale postaci kolorowej, wyjątkowej i pogodnej, która bez względu na wszystko kroczyła dumnie, zawsze z podniesioną głową. 

Holidej

niedziela, 12 sierpnia 2012

Rzygam tą mentalnością


Kiedyś usłyszałam, że ponoć kobiety trzeba podzielić na dwa gatunki, te które na ulicy oglądają się za dzieciakami i te, które za psiakami. Nigdy nie należałam do tych, które roztkliwiały się nad każdym berbeciem, nad kształtem oczka, pulchną rączką, kręconymi włoskami. Dziecko to dziecko, po prostu sobie jest. Nie miałam i nadal nie mam potrzeby udawania cioci, gdy ktoś wleci do pracy z „maludą” i zajmowania jej czymkolwiek.
Już słyszę, te głosy jaka jestem wyrodna, nie mam instynktu, nie powinnam mieć dzieci. Wiecie co – ble ble ble, mam to gdzieś, bo mam prawo mówić co czuję. I nie będę udawać, że zostałam stworzona do rodzenia. Zawsze dziwiło mnie określenie typu „lubię dzieci”. Że co przepraszam, a znasz wszystkie na świecie? To tak samo jakby powiedzieć „lubię ludzi”. Otóż ja nie lubię wszystkich dzieci. Nie cierpię tych kopiących moje krzesło, gdy piję kawę w kawiarni, albo biegających między stolikami jak szalone. Zupełnie jakby ktoś wsadził im korbkę w tyłek i nigdy nie przestał kręcić. Nie lubię małych snobów, które choć ledwo sięgają do stołu, traktują ciebie jak potencjalnego „dawacza wszystkiego”, bo im się należy. Mogłabym udusić gówniarzy, którzy dręczyli kota pod moim oknem, do czasu aż nie ochrzaniłam ich i nie wezwałam kogo trzeba. Żałuję, że nie miałam wiatrówki. Gardzę małymi sadystami, którzy wyżywają się na swoich niepełnosprawnych kolegach. Tak więc, nie wszystkie dzieci są fajne.
Jako nastolatka sądziłam, że nie chce nigdy bachora, bo pieluchy, kupy, „end of life”. I najważniejsze, co wydawało mi się szalenie nie do zrealizowania – trzeba być odpowiedzialnym. Tak było...do czasu, aż na świecie nie pojawiła się moja siostrzenica, która jest najmądrzejszą małą dziewczynką jaką znam. Duża w tym zasługa jej rodziców, bo odpowiadają na jej pytania, nie mówiąc, że nie mają czasu. Na prośbę „pobaw się ze mną”, nie reagują zamykaniem drzwi od jej pokoju, co widziałam w innych domach (o zgrozo). Nie wbijają jej na chama w obrzydliwie wściekłe różowe ciuchy i nie kupują na siłę lalek. Tak więc mała przepada za czytaniem książeczek, pluska się w kałuży, rozróżnia modele motocykli i chce zostać „strażaczką”, bo najbardziej lubi strażaka Sama. Nikt jej nie każe, po prostu tym się interesuje. Jeżeli kiedyś będę chciała mieć dziecko, myślę, że tak właśnie postaram się je wychowywać. Właśnie, jeżeli...
Dlaczego w tym chorym kraju nadal panuje myślenie rodem ze średniowiecza. Ostatnio zaczepiła mnie sąsiadka, której pomogłam nieść zakupy. Potem tylko tego żałowałam. Usłyszałam, że powinnam się „zainteresować sobą”, bo już czas. Tłumacząc: znajdź faceta i urodź dziecko. Do jasnej cholery! Czy tylko na tym polega rola kobiety? Czy ważniejszy od mojego mózgu jest kanał rodny? To, że mam kilka fakultetów i pracę, w której się spełniam nie ma znaczenia? Czy w Polsce każdy musi żyć według tego samego schematu? Idąc tym tropem dalej, lepiej być matką byle jaką i wyrodną niż żadną? To przerażające. „Matka Polka” zrobiła wam wodę z mózgów. Coraz częściej rzygam tą mentalnością.

Alcatraz

Trend na femi

- Ty też byłaś kiedyś feministką - usłyszałam od jakiejś kretynki na imprezie.
- Jak to byłam? Nadal jestem - roześmiałam się.
- No jak to? Przecież masz już faceta... - odpowiedziała wspomniana już kretynka, a ja nie kryłam swojego zdziwienia jeszcze przez kolejną godzinę.

O co chodzi? Czy feministka to singielka, która dzięki feminizmowi ma okazję do wyżywania się na swój stan cywilny i nieudolność mężczyzn podczas podejmowania decyzji o związku z inna kobietą? Ile jest idiotek w naszym szacownym kraju, które tak uważają?
Wyprowadzam z błędu te, które dotąd właśnie tak myślały. Feministki mają facetów, narzeczonych, konkubentów, mężów, przyjaciół płci męskiej (nie tylko gejów). Co więcej mamy też koleżanki i przyjaciółki (zarówno w związkach, jak i singielki). Feminizm to nie choroba cywilizacyjna przenoszoną drogą telewizyjną przez stacje typu tvnstyle. Feminizm to chęć zdobycia pewnej wiedzy o kobietach, a przy okazji także o mężczyznach. To szukanie odpowiedzi dlaczego jest tak, jak jest i jak może być i co trzeba zrobić, żeby zaczęło tak być.
Znam sporo dziewczyn, dwudziestoparolatek i tych nieco starszych, które podzielają moje (jak się okazuje feministyczne) poglądy, ale w życiu same nie określą się mianem feministki. Bo to wstyd. Obciach. Niezręczność językowa. Out z życia rodzinno-towarzyskiego. Zaczepka dla mężczyzny. I nie o nazewnictwo tu chodzi, ale o ten wstyd. Bo jeśli wstydzimy się o sobie powiedzieć w ten sposób, to za chwilę będziemy się też wstydziły powiedzieć publicznie o swoich poglądach, przemyśleniach, czy potrzebach. Lęk przed nazewnictwem wzmaga lęk przed samą rzeczą (inspirowane Lordem Voldemortem z Harry'ego Pottera).
Faceci boją się feministek, dlatego je obrażają. Dlatego stworzyli dla nich obraz brzydkich pseudo-intelektualistek, których jedyną ambicją jest zniszczenie i mentalne wykastrowanie mężczyzn. Faceci boją się, że feministki ograniczą ich prawa, że postawią na głowie system, w którym dotąd żyli (faceci nie lubią zmian).
Zatem apel do facetów! Zanim z odrazą w głosie powiecie do swojej kobiety "Ty feministko", dowiedzcie się kim jest feministka, jakie poglądy reprezentuje, jakie stanowisko przyjmuje w sprawach współczesnej polityki i praw kobiet, o co walczy, co chciałaby zmienić w obowiązującym prawodawstwie. Dopiero potem traktujcie feministki, jak trędowate. Bo tak naprawdę, jesteśmy coraz bardziej TRENDowate i będzie nas coraz więcej. 
Poniżej kilka mitów dotyczących feministek i dla kontry kilka faktów. Polecam lekturze zarówno paniom, jak i panom.

Mity:
1. Feministki mają trzy cycki.
2. Feministki nie wiedzą, co to depilator, stringi, zalotka i lakier do paznokci.
3. Feministki nie mają przyjaciół (poza innymi feministkami i gejami).
4. Feministki są grube.
5. Feministki nie interesują się niczym poza feminizmem.
6. Feministki nie wiedzą, co to miłość.
7. Feministki nie oglądają telewizji (czytają tylko poważne książki)
8. Feministki nie chodzą na babskie imprezy.
9. Feministki (wszystkie) mają koty.
10. Feministki nienawidzą facetów.

Fakty:
1. Feministki golą nogi i używają kosmetyków, także tych upiększających.
2. Feministki potrafią się wzruszać i płakać.
3. Feministki chodzą na zakupy.
4. Feministki uprawiają seks.
5. Feministki oglądają komercyjne filmy i słuchają komercyjnej muzyki.
6. Feministki noszą koronkową bieliznę.
7. Feministki potrafią przyznać się do błędu i przeprosić.
8. Feministki potrafią gotować i zajmować się domem.
9. Feministki mogą mieć dzieci.
10. Feministki lubią facetów.

Feministka pełną gębą,
Holigoli

Raszple na Facebooku!

Transformacja


Miałaś kiedyś przyjaciółkę?
- Miałam, ale po co mi ona. Strata czasu. Co z tego, że kilka dobrych lat byłyśmy jak siostry. Teraz mam internet. No może uściślę - portale społecznościowe. Mogę mieć nawet 500 przyjaciół. Już mam całkiem niezłą kolekcję 346 osób w zakładce „znajomi”! Wystawię kilka wpisów, żeby wiedzieli jaka jestem fajna. I tak będę miała teraz mniej czasu, bo znalazłam pracę. No trudno. Znajdę czas i się wylansuję! Szykuję się na imprezę – słitaśna fotka, nowa fryzura – słitaśna fotka. Zjadłam jajecznicę na wakacjach – słitaśna fotka... Jeszcze kilka wpisów o tym, co zamierzam dzisiaj robić. Kolejne zdjęcia. Niech każdy wie, że kupiłam nowe ciuchy, że weekendy spędzam w plenerze. Mam takie udane życie. Poza tym facet! Jeszcze jeden powód, dla którego przyjaciółka jest zbędna. Przecież wszyscy wiedzą, że tylko wiążąc się z nim coś znaczę. Niech widzą, że jestem szczęśliwa. Kilka zdjęć jak się całujemy…


Miałaś kiedyś przyjaciółkę?
- Tak. Ale zmieniła się w osobę, której nie znam. Teraz mijamy się na ulicy nie wymieniając jednego słowa. Na szczęście bardzo rzadko. Poza tym, że ma swój wirtualny świat, znalazła "jego" i wszystko się zmieniło. Płakałam tylko na początku. Nie wiedziałam, co się z nami stało. Dziś już wiem, że to nie była moja wina.

piątek, 10 sierpnia 2012

Heroska


Na swojej drodze spotykamy dziesiątki osób. Większość mijamy obojętnie, po latach nie pamiętamy nawet imion naszych koleżanek i kolegów z klasy. Chyba, że dręczyli nas niemiłosiernie i przezywali od okularników, grubasów, czy marchewek, albo byli klasowymi ofiarami takich małych skurwysynów. Wspominamy też tych, którzy czymś się wyróżniali i odstawali od przeciętnej. Ja nigdy nie zapomnę o N. – blondynce o niebieskich oczach, która była uosobieniem tych dwóch ostatnich. Miała przerąbane odkąd tylko się zjawiła. Nie mieściła się w żadne ramy. Nie nosiła modnych ubrań, ba nie miała nawet nowych. Na jej swetrach widniał przeważnie wzorek popularny w latach 80., spodnie były nieco za duże, a kurtki ortalionowe. Pamiętam, że miała okulary o takich oprawkach jak moja babcia. N. była wtedy 13-latką. Naprawdę nie przesadzę jeżeli powiem, że cała szkoła wymyśliła dla niej bardzo chamskie przezwisko i traktowała jak niepełnosprawną umysłowo. N. nie była niedorozwinięta, po prostu była „strasznie” biedna. Do tego mądra i po prostu dobra. Dlatego została moją przyjaciółką. Moja mama nigdy nie dzieliła ludzi na lepszych i gorszych i nauczyła, że liczy się „coś więcej” w człowieku. Dziś myślę, że nieźle musiałam mieć narąbane pod kopułą, żeby olać tych wszystkich kretynów i udawać, że nie słyszę obelg pod jej i potem także moim adresem. Trzynastoletnia buntowniczka.
Nigdy nie zapomnę jak spojrzała na mnie jak na ufo, kiedy złapałam ją pod rękę i szłyśmy razem do domu. Po podstawówce też trafiłyśmy razem do jednej klasy. Więcej kretynów i ostracyzm. Znów to samo przezwisko, plecak popisany korektorem przez synalka nauczycielki, a potem wyrzucony w błoto. Wyzwiska, że śmierdzi, że jest brudna, co nie było prawdą. W gimnazjum nasza paczka powiększyła się o: Z., która nieumiejętnie łączyła kolory i wzory, a jej rodzina przeprowadziła się ze wsi do miasta, K., drobniutką istotkę, chorobliwie nieśmiałą, M., która po wypadku straciła wzrok na jedno oko i tym samym zyskała urocze przezwisko „cyklop”. Gdzieś w tym wszystkim byłam ja: nosząca ciężkie buty, potargane włosy i mająca w dupie wszystkich dokuczającym im frajerom. Nasza paczka „odmieńców”. Przyjaźniłyśmy się, kłóciłyśmy się, zwierzałyśmy się sobie i tak płynął czas. Aż przyszedł moment pseudo balu na koniec szkoły, na który N. nie miała pieniędzy. Do dziś nie wie, że za niego zapłaciłam, a właściwie moja mama. Zagadałam z wychowawczynią, żeby powiedziała N., że finansuje jej to szkoła.
Potem nasze drogi się rozeszły. Gdzieś tam się mijałyśmy, ale wiedziałam, że sobie radzi. Wczoraj spotkałyśmy się na kawie, bo w końcu się udało. N. poszła do zawodówki, ale potem zdała maturę, w co nie wierzył żaden z nauczycieli. Została kierowniczką w jednym z dużej sieci sklepów, zrobiła prawo jazdy, kupiła auto, pomaga rodzicom i rodzeństwu. Bardzo chce iść na studia. Już nie jest wystraszonym stworzątkiem, choć wielu chciało, żeby takim pozostała. Jest dla mnie heroską, bo sama jest swoją siłą napędową. Rodzice nigdy jej nie dopingowali, nie wspierali. Miała wyjść dobrze za mąż i rodzić dzieci, może skończyć podstawówkę. Ona wbrew wszystkiemu chce więcej i więcej od życia, które od małego dawało jej jedynie w kość. Powiedziałam jej, że ją podziwiam i jestem z niej dumna. Idziemy na imprezę.

Alcatraz


Raszple na Facebooku!

czwartek, 9 sierpnia 2012

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Można zjeść ciastko i mieć ciastko. Można mieć faceta i mieć życie poza facetem. Do szału doprowadzają mnie kobiety, które uważają, że to niemożliwe. Wszystko jest możliwe, to tylko kwestia zrobienia sobie porządku w głowie. A gdybym miała już na coś decydować się definitywnie, to wybrałabym życie poza facetem, bo to jest ważniejsze i zaraz to udowodnię.
W swoim życiu zdążyłam już poznać kilka pań, które były niesamowite dopóty, dopóki nie poznały tego swojego księcia. Jak już pojawiał się w ich życiu On, wypadały z towarzyskiego obiegu. W ogóle wypadały z gry o nazwie "życie". Liczył się tylko on. Jego plany, marzenia, poglądy, sukcesy, widzimisia. One się do tego dostosowywały. Były tłem dla jego życia. Nie tędy droga.
Naprawdę szczęśliwa w związku może być osoba, która jest szczęśliwa tak po prostu, także poza swoją relacją z drugą osobą. Trzeba być egoistą i myśleć o sobie, inaczej się nie da.
Jeśli masz możliwość zmiany pracy na lepszą, zrób to. Nie pytaj o zgodę partnera. To ty będziesz wstawać o siódmej rano do pracy. Jeżeli chcesz przefarbować włosy na blond, zrób to. To nie twoja wina, że jego eks była blondynką i teraz ma uraz. Masz ochotę iść na kurs języka suahili, idź na ten kurs. Chcesz przejść na wegetarianizm, przejdź - nieważne, że on nie wyobraża sobie życia bez mięsa. Przede wszystkim musisz myśleć o sobie, inaczej twoje życie i twój związek nie mają sensu.
Aha, i jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia. Związek można zakończyć w każdej chwili. Warto to wcześniej przemyśleć, ale tak naprawdę nie ma się czego bać. A zrywać należy wtedy, gdy czuje się jakiekolwiek, najmniejsze choćby ograniczenie, odcinające nas od tego, co nam się zwyczajnie należy.

Holigoli


Raszple na Facebooku!

wtorek, 17 lipca 2012

Nie zawsze kolorowa, nie zawsze szara


OK, zaczynamy drogie panie! Na początek trochę „przydołuję”. Tak. Ogarnęła mnie melancholia szarej rzeczywistości… Ale czy nie ma tego każda z nas po powrocie - mówiąc otwarcie - z zasłużonego urlopu? Kilka cudownych dni beztroski, z ukochanym facetem, z dobrze dobraną ekipą. Gofry przygryzane lodami i zapychane morską rybką w każdej postaci. Problemy i smutki zostawiasz za sobą i udajesz się w nieznane. Szum morza, ciepły piasek, swoboda. I chociaż zderzenie ze znienawidzoną przez wszystkich poniedziałkową, zdecydowanie szarą rzeczywistością jest bolesne, po dłuższych przemyśleniach  muszę przyznać, że mam szczęście. Być może nie uwierzycie, ale nie każda z nas może dzielić luksus zasłużonego urlopu. A być może właśnie znacie to z autopsji. Szef potrafi być upierdliwy. Słyszałam wiele razy… Najpierw boisz się w ogóle podejść, poprosić, jakby urlop był czymś, co należy się tylko wybranym. A przecież każdy może, ba!, nawet powinien odciąć się od pracy, odizolować, odpocząć. Nie urlop, podczas którego szef wydzwania co pięć godzin z inną sprawą. Totalny relaks i odseparowanie. Wiem, nie jest łatwo. A kiedy wciśniesz się w ciasny już od początku roku urlopowy grafik, wyrwiesz siłą te kilka dni wolności, nie obędzie się bez złośliwych komentarzy w stylu: „tylko się tam nie zabawiaj, nie chcemy kolejnej ciężarnej w firmie”. A ty zawstydzona się czerwienisz zamiast zwrócić chamowi uwagę. No tak. Mobbing. Ale to już zupełnie inna historia. Temat rzeka, do którego nie omieszkam wrócić niebawem. Tymczasem urlop. Nasuwa się jedna myśl, którą podrzuciła mi dzisiaj koleżanka z pracy, zmęczona już moimi narzekaniami. Czy aby nie właśnie dzięki szarej codzienności widzimy tygodniowy odpoczynek, niekiedy zupełnie zwyczajny, jako coś niesamowicie barwnego i niezwykłego? Kończąc myślę jeszcze o jednym ważnym szczególe. Przecież warto podjąć - czasem radykalne, ale czasem bardzo proste kroki, aby zmienić coś w swoim życiu, pokolorować życiowe szarości, chociażby dzieląc się z innymi swoimi myślami, chociażby pisząc bloga. Bądź dzieląc się swoimi rozterkami i radościami na blogu trzech innych całkiem sympatycznych Raszpli. W oczekiwaniu na zrozumienie. Pomyślcie.

Do Szanownej Matki z Dzieckiem, czyli czas poruszyć nieruszane kwestie

Szanowna Matko z Dzieckiem!
Piszę ten list, ponieważ mam Cię już serdecznie dość. Piszę ten list jako nie-matka, użytkowniczka związku partnerskiego, bezdzietna dwudziestoparolatka.
Wyobraź sobie, Matko z Dzieckiem, że kompletnie nie obchodzi mnie co tam u Twojej pociechy. Nie obchodzi mnie raczkowanie, ząbkowanie, kolkowanie, gaworzenie, ani żadne inne czynności życiowe związane z procesem socjalizacyjnym. Nie widzę też powodu, dla którego miałabym Cię w czymkolwiek wyręczać, bo Ty masz dziecko, a ja nie. Trzeba było pomyśleć wcześniej o wywiadówkach, wizytach kontrolnych u stomatologa, pierwszych urodzinkach, drugich, czy osiemnastych, bądź rocznicy pierwszego ząbka. Pewnie nie uwierzysz, ale my - kobiety szczęśliwie bezdzietne - również mamy plany i obowiązki. I nie jest to tylko peeling oczyszczający, choć i to jest ważne.
Matko z Dzieckiem, nie pokazuj mi zdjęć USG dziecka, które robi Ci bajzel w łonie. Na litość boską, to, że Ty widzisz tam główkę, nóżki, rączki, a nawet pieprzyk pod obojczykiem jest Twoim błogosławieństwem i cudem. Ja tam widzę jakieś cienie. To nie jest komfortowe, tak patrzeć w kawałek kartki i kłamać Ci w żywe oczy.
To nie moja wina, Matko z Dzieckiem, że nie masz dla siebie czasu. Nie patrz więc na mnie z wyrzutem, gdy przyjdę na spotkanie po wizycie u fryzjera. Nie dziw się, gdy mówię, że używam trzy rodzaje kremów. Nie karć krytycznym spojrzeniem i dezaprobatą w głosie, gdy powiem Ci, że ja nie mam rozstępów ani blizny po cesarce. Nie oceniaj tego, że moim życiowym celem jest podróż dookoła świata, że mam czas przeczytać kolejną powieść Kinga, że mogę iść do kina niemal w każde popołudnie.
Szanowna Matko z Dzieckiem, to nie ja Cię zapłodniłam, nie ja zmusiłam Cię do narodzin Twego różowego pacholęcia, które swoją drogą na początku niczym nie różni się od łożyska, więc naprawdę nie widzę sensu porównywania go do wszystkich członków Twojej rodziny. Nie stanęłam też nad Tobą niczym mesjasz i nie powiedziałam do Ciebie niskim, tubalnym głosem: czuwaj nad domowym ogniskiem, bo bez Ciebie cywilizacja umrze z zimna.
Ja wybrałam swój system życia bez dzieci. Dobrze mi z tym. I jeśli nie chcesz dostawać więcej takich listów, nie oskarżaj mnie, nie pluj mi w twarz wyzwiskami, nie obrażaj, nie oceniaj, nie krytykuj. Wtedy i ja Cię oszczędzę.  

Z poważaniem,
bezbachoralna
Holigoli


Raszple na Facebooku!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Pokryta łuskami


Bywam nazywana singielką. Według wzoru z popularnych seriali mam własną firmę, noszę drogie kostiumy i jem śniadania w restauracji. Mimo, że nie mam faceta, bank dał mi spory kredyt na mieszkanie (w apartamentowcu), cały dzień popieprzam w szpilkach i nie bolą mnie nogi, a o moje względy stara się co najmniej dwóch amantów. Pracuję od rana do wieczora, ale nigdy nie świeci mi się gęba, na twarzy nie wyskoczy mi pryszczol, wyglądający jak wulkan w czasie erupcji, moje włosy są długie i lśniące, układają się nawet gdy pada. Chociaż niby wcinam pizzę wieczorami, siedząc do późna w biurze z przyjaciółmi, mam tyłek jak przecinek i w ogóle jestem chuda jak trzcinka.
A teraz zejdźmy z nieba na ziemię. Upadek jest bolesny więc już boli mnie zadek. Mam to szczęście, że lubię moją pracę, ale nie mam bogatych rodziców, ani też oszczędności, aby założyć coś swojego. Na śniadanie jem razowy z pomidorem i popijam kawą. Na moim blokowisku nie ma kawiarni (lubię to słowo). Żaden bank nie da mi kredytu jako „bezdziadowej” kobiecie. Nie zarabiam też „kokosów”, żeby mi dali. Dziś rozważałam sprzedanie narządów np. nerki, do czasu, gdy kumpel powiedział, że kiepsko „stoją” na rynku. Więc mówiąc kolokwialnie „dupa”. Na co dzień nie chodzę w szpilkach, (Boże broń). To buty, w których można przejść od samochodu do stolika w restauracji. Gdybym miała je nosić cały dzień i udawać, że mi wygodnie, to prędzej odgryzłabym sobie nogi z bólu. Kobiety, które potraficie w nich w chodzić kilkanaście godzin – składam hołd. Jeżeli chodzi o tzw. amantów, to kiepścizna. Gustują we mnie tylko panowie z budowy, lub tacy stojący nad grobem, śliniący się na wszystko, co żyje, myślący „ja jeszcze mogę”. W rzeczywistości muszą dowiązać „ to, co trzeba” do kredki, żeby się trzymało pionu. Obleśne typki.
Trzecia opcja to po prostu kretyni.
Wygląd... raczej niewygląd. Pseudo-włosy żyją własnym życiem. Rozkazuję ułożyć im się w prawo, to sterczą itd. Świecącą paszcza i tak przebije warstwę pudru, ukazując tym samym mały kraterek z białą niespodzianką. Tyłka jak przecinek nie mam, no może jak dwa przecinki.
Bywam też nazywana starą panną (choć mam ćwierćwiecze na karku). Tak mówią „poduszkowce” czyli kobiety siedzące całe dnie w domu, głównie w oknie. Opierające się o poduszkę, bo tak wygodniej podglądać sąsiadów. Według nich już dawno powinnam mieć męża i z dwójkę dzieciaków. Bo nieważne jaki jest facet, byleby był.
Widzicie „poduszkowce”, może jeszcze długo będziecie miały temat do rozmów, bo ja nie chcę byle kogo. Jeżeli jeszcze któraś mnie spyta „ i jak tam masz kogoś”, to przywalę z glana, albo wkłuję zardzewiały widelec w oko i będę modlić się, żeby przyszło zakażenie.

- Dlaczego jest tyle wolnych kobiet po trzydziestce?
- Sama nie wiem. Może dlatego, że pod ubraniem nasze ciała pokryte są łuską?

To jedno z fajniejszych zdań Bridget Jones

niedziela, 15 lipca 2012

Przyjaciel sprzed roku

Przeglądam zdjęcia sprzed roku. Sto tysięcy zabawnych fotek z plaży, ze skromnej nadmorskiej kwatery, w deszczowych pelerynkach, z wywalonymi językami, z butelką taniego wina z biedry. Na wszystkich pojawiają się dwie młode twarze. Twarze zadowolonych z życia dziewcząt.
Patrzę na te zdjęcia i myślę sobie, że to było strasznie dawno temu. Kiedy jeszcze na pytanie "co u Ciebie?", faktycznie dowiadywałam się co u niej. Dziś po zadaniu tego samego pytania dowiaduję się, że U NICH wszystko w porządku. Oni to Ona i On.
Ok, związek jest ważny. Chwalmy pana za dobre stosunki i relacje partnerskie, ale może bez przesady? Prawda jest taka, że facet może cię kopnąć w każdej chwili w tyłek, zostawić, zapomnieć, a po drodze jeszcze ostro sponiewierać. Przyjaciel nie ma prawa tego zrobić. Przyjaciel wiernie trwa i czeka. Jest gotowy na poświęcenia. Jest tam gdzie powinien być. Mówi, gdy powinien to robić, milczy, gdy powinien milczeć. Ocenia srogo i sprawiedliwie. Przyjaciel nie obejrzy się za krótką spódniczką, robiąc ci tym przykrość. Nie powie, że przeszkadza mu Twój cellulit, bo ma gdzieś Twój cellulit. Jeśli jesteś osobą, która zapomniała o swoim przyjacielu, bo pochłonął cię związek partnerski - WSTYDŹ SIĘ. I wiedz, że nie ma na to żadnego sensownego usprawiedliwienia. Nie wytrwasz w żadnym związku, nie mając przyjaciół poza swoim partnerem. Czasami trzeba spojrzeć na kogoś innego, pogadać z kimś z kim nie sypiamy, ponarzekać na swojego partnera, pośmiać się w towarzystwie tego, z którym robiłaś to tyle razy. Ślepa miłość, izolacja od świata i ludzi raczej nie prowadzi do niczego dobrego.

Holigoli


 


poniedziałek, 9 lipca 2012

Ona i jaskiniowiec


Myślałam, że padnę trupem, gdy zobaczyłam ją z nim. Ona niewyzywająco ładna. Taka kieszonkowa brunetka. Zgrabna, pachnąca, ładnie ubrana. A on? Najtrafniejsze określenie jakie przychodzi mi do głowy to jaskiniowiec. Zapuszczony, nieogolony, śmierdzący jakimś wczorajszym melanżem, w przymaławej koszulce wypełnionej szczelnie jego brzuszkiem na oko w siódmym miesiącu piwnej ciąży. Ohyda na dwóch niezbyt zgrabnych nogach. Kijem przez szmatę nie tknęłabym. Za żadne pieniądze świata.
Pomyślałam sobie, że może koleś ma jakąś niesamowitą gadkę, że mnie intelektualnie oczaruje, że będzie filozoficznym wodzirejem, bajarzem nie z tego świata. A tu znowu kulą w płot. Facet jest totalnym burakiem. Ćwikłowym głupkiem o zdecydowanie zbyt wysokim mniemaniu o sobie i rozbujałym ego.
Dlaczego? Pytam z nieskrywanym żalem i rozpaczą w głosie. Dlaczego taka fajna, ładna, zgrabna dziewczyna robi sobie kuku? Bo to krzywda jest, jak dziewczyna się marnuje przy takiej zarośniętej małpie.
Już widzę te zniesmaczone gęby wyznawców teorii, że nie liczy się opakowanie, tylko jego zawartość. Błagam Was ludzie, w co Wy wierzycie? Liczy się opakowanie. Każdy chce się budzić obok ładnego opakowania, a przynajmniej zadbanego, pachnącego i w miarę świeżego. Chce, żeby to opakowanie się dla niego starało wyglądać w miarę atrakcyjnie. Chce, żeby w ogóle się starało, bo wtedy wiadomo, że to ma sens. Gdyby mój partner się zapuścił, to byłabym zmuszona wskazać mu drogę do drzwi - drzwi raju dla zapuszczonych mężczyzn.
Najstraszniejsze w historii moich znajomych jest to, że jej to też przeszkadza. Że ona mówi zrozpaczonym głosem: no spójrz, jak on wygląda (wygląda jak niewygląd), jak się zaniedbał, jak zbezdomniał mi, zdziadział... To po co z nim, dziewucho, jesteś? Zapytam, wcale nie oczekując odpowiedzi.

Holigoli


Raszple na Facebooku!

Kobieta, która nienawidzi kobiet


Teraz napiszę coś za co znienawidzą mnie feministki. Kobiety powinny uczyć się od facetów. Tak, tak powinny. Czego? Egoizmu panie, właśnie egoizmu. Szerzy się choroba, która dotyka coraz więcej moich koleżanek. Idą za swoimi mężczyznami jak cielaki prowadzone na rzeź. Przestają być niezależnymi Kasiami, Magdami, Sylwiami itd., a stają się jakąś hybrydą, łącząc się we wszystkim ze swoim dziadem. Tak będę pisać dziad, to taki synonim. Kto do cholery powiedział, że każdą minutę trzeba spędzać razem, że trzeba pytać, czy mogę iść na kurs języka obcego, czy mogę sobie kupić sukienkę, czy mogę wyjść z kumpelami na piwo. Kiedy słyszę takie teksty, krew mnie zalewa. Otóż tak możesz kobieto, bo zarabiasz na siebie i masz swój własny mózg!
Dlaczego my, które jesteśmy niby takie wyemancypowane, „cipiejemy”, bo nie wiem już jak to nazwać, gdy jesteśmy w związku. Jesteśmy w stanie dać sobą zawładnąć i ograniczyć się jakiemuś tzw. „possessive” guy’owi, którego będziemy bardziej własnością niż ukochaną kobietą? Czy tak chcemy być kochane, że jesteśmy w stanie schować do kieszeni swoje poglądy? Może to tylko takie nasze gadanie na pokaz?
Obraźcie się na mnie i zlinczujcie, ale moim zdaniem to brak pewności siebie. To chore, że wmawiamy sobie wiecznie, że coś z nami nie tak. Kobiety są tak upierdliwe, że zawsze znajdą jakąś niedoskonałość w sobie, a to nogi za grube, a tu brzuch nie taki, a cycki za małe. No do jasnej cholery! Jeżeli faktycznie ważysz za dużo, schudnij! Zrób coś ze sobą kobieto! Albo zaakceptuj siebie i nie wymyślaj na siłę swoich wad!
Czy widziałyście kiedyś faceta, który ma kompleksy? Bo ja nie, najwyżej ma „niedoskonałości”. Kiedy ma brzuch od piwa, twierdzi, że jest dobrze zbudowany. Ma starego „komarka”, ale powie, że jest zmotoryzowany. Nie zna się na danej dziedzinie, ale określi siebie jako „amatora – hobbystę”. Z włosów na ramionach może pleść dready, ale nie ogoli ich tylko stwierdzi, że „kobiety to lubią takie miśki”.
To jest właśnie odrobina egoizmu, której nam brakuje. Więc babki, jeżeli chcecie zrobić coś dla siebie, nie pytajcie o zgodę, po prostu to zróbcie. Jeżeli macie ochotę wrąbać pizzę, nie żyjcie o listku sałaty. Jeżeli ważycie za dużo, schudnijcie dla siebie, nie dla niego. Wyluzujcie, tak jest naprawdę łatwiej. Jest łatwiej kiedy nie spełnia się czyichś oczekiwań.
Nie szanuję kobiet, które zatraciły siebie kosztem  tzw. udanego związku. Dupa to jest, a nie udany związek, kiedy nie możecie się rozwijać. Przytwierdziłyście się do swoich dziadów klejem, czy co? Gorzej, gdy to on zechce się odlepić. Amputacji możecie nie przeżyć.

niedziela, 8 lipca 2012

Chłopak z klubu nocnego


Jeśli kobieta pozwala swojemu facetowi wyjechać na trzy miesiące za ocean, to albo jest głupia, albo bardzo go kocha. U mnie oba czynniki się jakoś nałożyły i mój facet wyjechał na trzy miesiące za ocean. On ma swój amerikandrim, a ja mam swoją polską schizofrenię paranoidalną wywołaną chorobliwą zazdrością (hell yeah!). Podobno najgorsze mamy już za sobą. Tak przynajmniej twierdzą znajomi, bo ja jakoś sama tego kompletnie nie zauważyłam. Zwłaszcza, gdy oświadczył mi, z nieskrywaną dumą, że znalazł pracę w klubie nocnym. Moje wyczerpanie spowodowane snuciem domysłów na temat niechybnej zdrady osiągnęło prawdziwy szczyt. Nie pomnę, ile razy w ciągu minionych pięciu tygodni, oczami wyobraźni ściągałam go z ponętnej kanadyjki i wcale nie chodzi mi tu o rodzaj harcerskiej leżanki. Nie wierzę po prostu, że nie potrzebują pracowników w pobliskiej myjni samochodowej, na stacji benzynowej, w barze szybkiej obsługi, w sklepiku dla starszych dam z pończochami w rozmiarze XXL.
Nie! On musiał znaleźć sobie pracę akurat w klubie nocnym! I jeszcze się kretyn pyta, czy coś się stało. Nie, skąd. Nic się nie stało. Cudownie jest. Baw się dalej, a ja tu sobie spokojnie będę siwieć i produkować tkankę tłuszczową, zajadając czekoladki i popychając je kurczakiem z rożna.
Dobre rady wszystkich dookoła tylko mnie dodatkowo denerwują. A życzliwych nie brakuje. Zestaw ciepłych frazesów na pocieszenie też doprowadza mnie do furii i krew jaśnistą zalewa. Moje ulubione slogany pseudo-pocieszycielskie to "tego kwiatu, to pół światu" i drugie, nie gorsze "jak będzie cię chciał zdradzić, to zrobi to wszędzie". Nie no, od razu czuję się lepiej, dziękuję bardzo.
Oczywiście, wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że oszalałam i kompletnie mi odwaliło. Ale naprawdę, co z tego, że pracuje w klubie nocnym na ranną zmianę? Nadal to przecież praca w klubie nocnym.

Holigoli



Raszple na Facebooku!

sobota, 7 lipca 2012

Raszple witają!

Ten blog dla wielu będzie prowokacją. Dla nas będzie miejscem, w którym możemy się wyżyć. Jesteśmy kobietami. Zwykłymi, normalnymi kobietami. Mijamy się codziennie z innymi, zwykłymi, normalnymi kobietami.
Dziś chcemy pisać o nas - zwykłych, normalnych kobietach. O naszym życiu, sprawach i problemach. Nie będziemy słodkie i miłe. Będziemy sobą - będziemy raszplami!