niedziela, 6 stycznia 2013

Hej kolęda, kolęda!

Matka wzięła mnie z zaskoczenia, oznajmiając mi dzisiaj, że dobrze się składa, że jestem w domu, bo akurat mamy kolędę. Przyznam się szczerze, że z kolęd to ja najbardziej lubię kolendę-zaleską. Tym razem musiałam zadowolić się wizytą duszpasterską. Ku zniesmaczeniu mojej mamy, nadal twierdzę, że zwyczaj ten jest co najmniej chory. Zwłaszcza, że w moim wielkopolskim domu, z wielkopolską gościnnością mojej mamy, przed samym przyjęciem księdza dochodzi do dantejskich scen. Mama wprowadza porządki. Strofuje tych, którzy gniotą obrus. Nalewa (z kranu!) święconą wodę. A potem przygląda się wszystkim krytycznym okiem, czy są stosownie ubrani. Nawet kotom się dostaje.
Punktualnie o czternastej wbiło dwóch przytytych chłopców, którzy w sposób budzący grozę odśpiewali "Przybieżeli", zagruchali skarbonką i zwiali. Kwadrans później, bez pukania do domu wkroczył okryty czernią wysoki jegomość.

Wymodlił się o wszelkie dobra dla "tegoż domu i ich pobożnych mieszkańców", po czym ciężko wzdychając klapnął sobie na sofę. I się zaczęło. Zawsze mnie to zastanawia, że im się chce robić ten wywiad środowiskowy za tę marną kopertkę... Temu się chciało. Oczywiście, jako ofiarę godną uwagi, upatrzył sobie właśnie mnie. Kilka pytań o pracę, studia, plany, zarobki. O seks nie pytał, ale w tak zwanym międzyczasie wtrącił uwagę, że rodzice teraz pozwalają młodym mieszkać razem, a potem płaczą na kolędzie, że się wnuki pojawiły, a nie ma się kto nimi zajmować. Moja mama od razu z przerażeniem spojrzała na mnie, ale uspokoiłam ją spojrzeniem zwrotnym, że ja niczego takiego nie planuję.
Potem było jeszcze weselej, bo ksiądz nam zdradził (całkiem przypadkowo), że syn sąsiadów się rozwodzi i jeszcze o dziecko musi walczyć. To nie była zbyt trudna zagadka, bo ksiądz stwierdził:
- Dzisiaj na kolędzie jednak matka zwierzyła mi się, że jej syn się rozwodzi.
Przed nami, ksiądz odwiedził tylko jedną rodzinę. Potem ksiądz pobiadolił jeszcze trochę na młodych ludzi, którzy są rozwydrzeni i od razu "cali się oddają". Mama znów spojrzała na mnie wymownie. Zignorowałam to. A potem to już było całkiem z górki. Bo ksiądz skwapliwie schował za pazuchę kopertę i życząc nam stu tysięcy błogosławieństw, pogalopował do kolejnych sąsiadów, którym pewnie opisywał ze szczegółami ile zarabiam i co robię w wolnych chwilach. A niech mu tam.
Po kolędzie zadzwoniłam do mojego faceta, żeby mu opisać to traumatyczne przeżycie.
Na co on mnie zapewnił, że my w przyszłości kolędy przyjmować nie będziemy. I to mnie przeraziło jeszcze bardziej, bo jak ja mamie powiem, że jestem z niewierzącym?
 
Holigoli

10 komentarzy:

  1. Nasi księża chyba przeszli inne szkolenia, czasem nawet koperty nie chcą, a pogadać można tak nawet po ludzku :)
    Ale bywały i takie wywiady, jak opisujesz.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie kolęda to prawie jak sąd ostateczny. Dlatego unikam jej, jak ognia piekielnego, bo pytania księży są zawsze tak skonstruowane,abym poczuła się nie inaczej, jak tylko pomiot szatana:)

    OdpowiedzUsuń
  3. od czasu liceum stety/niestety kolędy nie uraczyła. Po ostatniej zmianie proboszcza osobiście staram się nie uraczać, bo jakoś nie koniecznie pałam pozytywnym emocjami do ów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Magdalena zawsze się tak komunikujesz z otoczeniem?

    OdpowiedzUsuń
  5. mówisz o formie w jakiej napisałam tą moją odpowiedź?? no właśnie nie komunikuję się tak. Jeżeli już się wyrwie to w formie żartu w trakcie rozmowy ze znajomymi. Ale to przypadki do policzenia na palcach od jednej ręki. Szczerze powiedziawszy dopiero jak kliknęłam opublikuj to przeczytałam i się uśmiałam z formy: "Janie przynieście nam" ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. hahaha ale się uśmiałam no niezle i u mnie wygląda to dokłądnie tak samo!A fragment z obrusem,ubieiraniem i nalewaniem wody z kranu mnie rozwalił bo myślałam ,ze tak wygląda to tylko u mnie hehehe
    świetny blog :) fajnie ,ze do mnie zajrzałyście :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja od 7 lat nie przyjmuję księdza po kolędzie, po akcji z zaświadczeniem do bierzmowania, którego nie chciał mi wydać, żeby moje dziecko było bierzmowane w innej parafii, orzekłam, że na huy mi ksiądz skoro jest bezużyteczny facetem w sukience. Basta.

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkiem zgrabnie Wam poszło. :)

    Raz jeden musiałam wyrzucić księdza, bo mądrala chciał mi życie układać.
    I teraz uważam siebie za dość asertywną, ale gdy ksiądz puka do drzwi, posyłam męża na pierwszy ogień.
    On zawsze grzecznie mówi dwa słowa: Nie, dziękuję!

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Hmm... To już można było wziąć jakiś obraz księdza z wielkopolski a nie z Kołobrzegu ;-)

    OdpowiedzUsuń